niedziela, 8 lipca 2018

DROGA NA PRZEDMIEŚCIU


DROGA NA PRZEDMIEŚCIU

Obym przed życia kresem dopiął życzeń kresu!
Pęd fali po kolana, pełen wody bukłak...
Sadi z Szirazu, Gulistan

Zdawało się tylko widzieć zamieć uleciałych kształtów,
coraz to dalej porywanych kręcącym się wichrem,
jakby zamieć liści pstrych w jesieni...
Cyprian Kamil Norwid: STYGMAT


Szarość i mgła

Za oknem krzyk gawronów wzbijających się niezbyt liczną gromadką ku jednolicie szaremu pułapowi chmur. Brudnożółte ściany sąsiedniego bloku napiętnowane prostokątami martwych okien zasłaniają mi horyzont.

Dławiący lęk, który wypełnia całe moje wnętrze, zagłusza wszystko – i odgłos przejeżdżających samochodów i poszczekiwanie dalekiego psa, i każde inne uczucie, które chciałoby się zagnieździć w moim mózgu. Każde...

Usiłuję walczyć z nim, ale od samego początku wiem, że to nie ma sensu. Walka z góry skazana jest na przegraną. Wszechobecny, wszechogarniający lęk... Nawet gdy śnię, wdziera się podstępnie do moich majaków i wyjada duszę. Kęs po kęsie. Każdej nocy.

A kiedy nadchodzi kolejny szary i mglisty poranek, przemieszcza się tylko we mnie, przepływając z czaszki do piersi. I nawet słońce nie może sobie z nim poradzić. Wielkie, żółte, rozjarzone słońce...
Tak naprawdę niemające wiele wspólnego z tamtym, które przed laty kładło się rozedrganymi cętkami na gęstej murawie, albo wpadało pozłocistą smugą przez niewielkie okno, a w owej smudze wirowały jak szalone drobiny kurzu, które wówczas wydawały się najcenniejszymi klejnotami. A może naprawdę nimi były? Może...

Lecz przecież to już inna opowieść i inne doznanie. Wspomnienie czasów, kiedy wszechogarniający lęk niekiedy ustępował placu. Chociaż nigdy nie na długo.

Za oknem kłębi się mgła. Przesłania regularność bryły sąsiedniego bloku. Zasnuwa otwory nieżyjących okien... Dobry Boże, oby zasnuła wszystko! I tak przecież nie widziałem horyzontu...

Stokrotki i mlecze

Budzę się powoli, z trudem. Moja świadomość nie chce wypełznąć z zacisznej kryjówki snu – snu, który jeszcze nigdy nie przyniósł ze sobą koszmaru. Ów nadszedł później, o wiele później...

Odgłos babcinych kroków, których nie umiałbym pomylić z żadnym innym dźwiękiem. Zapach gotowanego mleka wypełnia całą izbę. Podchodzi do mnie, gdy ją wołam. Wiem, że niesie ze sobą czysty bawełniany gałganek nasączony ciepłym naparem z rumianku. Kładzie mi go na pozlepianych zaschłą ropą powiekach.

Rytuał każdego poranka. Gdyby nie ta wilgotna szmatka, nie mógłbym rozewrzeć oczu. Chore. Od kiedy? Od zawsze... od pozawczoraj, do dziś, do pojutrza, do ostatniego dnia... Gdyby nie ta wilgotna szmatka, mógłbym je otworzyć, rozrywając powieki. To boli.

Słońce wpada przez maleńkie okienko, którego parapet jest gęsto zastawiony doniczkami, różowych pelargonii. Tylko różowych. Żadnych innych kolorów. Nie wiem, dlaczego babcia upodobała sobie tę barwę. Prócz nich jeszcze okazały asparagus...

Gliniana polepa podłogi zamieciona do czysta. Tylko ściana za łóżkiem, choć nie tak dawno przecież obielona, łuszczy się, a nadjedzony mrozem i wilgocią minionej zimy tynk, osypuje się i kruszy po kawałku.

Na przeciwległej ścianie, na wbitym głęboko gwoździu, stara naftowa lampa. Szkło ma lekko odymione, mimo że przecież wyczyszczono je dzisiejszego ranka.

Siedzę – ubrany w jakąś koszulkę i krótkie granatowe spodenki – z szelkami krzyżującymi się na plecach – przy ciężkim dębowym stole, zajmującym prawie pół izby.

Łapczywie gryzę kromkę suchego chleba, popijam gorącym mlekiem. Czy można jeść coś innego na śniadanie? Nigdy o tym nie słyszałem...

Babcia zamknęła na kłódkę koślawe, pobielone wieloma warstwami, odpryskującego teraz wapna, drzwi wejściowe. Krzywa wyboista lessowa droga, pokryta grubymi pokładami kurzu, prowadzi do niezbyt odległej – raptem o kilkaset kroków – prawdziwej ulicy, z chodnikami i jezdnią wybrukowaną granitową kostką.

Chodnik wspina się pod dość stromą i wysoką górę. Po prawej stronie ulicy ciągnie się długi, bardzo długi mur, zbudowany z kamieni i cegieł, a przed nim – na trawniku – rząd strzelistych włoskich topól. Te topole i ten trawnik mają w sobie jakąś magnetyczną moc. Budzą mój zachwyt. Dlaczego? Nie wiedziałem tego ani wówczas, ani nie wiem dziś. Nie wiedziałem, gdy wspinały się strzelistością młodych koron pulsujących sokami, gęsto okrytych trójkątnymi, ciemnozielonymi, sztywnymi liśćmi, nie wiem i dziś, gdy prawie wszystkie z nich nie żyją i tylko nieliczne staruszki coraz bardziej zbliżające się do swego kresu, przypominają tamte odległe dnie, kiedy zdawało mi się, że słońce będzie zawsze świecić, kwiaty pachnąć, a ptaki śpiewać. Nie rozumiałem, że na końcu każdej drogi stoi śmierć, i kiedy jeszcze nie popełniłem żadnego występku...

Jak kusi ten trawnik u stóp wyniosłych drzew... Chciałbym nań wbiec, nazrywać kwiatów, od których aż gęsto: jaskrawożółtych mleczy, kołyszących się na szczupłych, sztywnych łodygach, pozłocistych mniszków, liliowych dzwonków i różowobiałych stokrotek.

Ale babcia ciągnie mnie za rękę. Idziemy wytrwale, chociaż ona ze dwa razy zatrzymuje się, aby odpocząć, aby zaczerpnąć pełne płuca powietrza.

Wchodzimy w cienisty, zielonkawy półmrok ścielący się na chodniku, pod obwisłymi konarami kasztanowców i akacji.

Słodkawy zapach kremowobiałego kwiecia gęstymi i ciężkimi gronami zwieszającego się z kolczastych gałęzi. Akacje pachną tak mocno, że przyprawia to o zawrót głowy. Kocham akacje. Ilekroć czuję ich woń, tylekroć mojej dłoni wraca pamięć przyjaznego uścisku dużej, spracowanej ręki babci...

I tamtych ciepłych, rozpromienionych słońcem przedpołudni, w które razem, uparcie, pokonywaliśmy skłon Wzgórza Zawichojskiego...

Mijamy zakręt. Samochody z warkotem i dymem pomykają jezdnią, ale one nie budzą we mnie żadnych przyjaznych uczuć. Są mi obce. Nie należą do mojego świata. Do dziś...

Z trotuaru skręcamy w wąską wybrukowaną, ciągnącą się prosto dróżkę. Po obu jej bokach zieloność. Tylko głębia z trzech stron obramiona szarawobiałymi murami budynków.

Upał ciężko dyszy w nieruchomym powietrzu. Od ziemi smuży się słodkocierpki zapach lata. I życia. Babcia naciska klamkę masywnych, okutych żelazną blachą i nabijanych mocnymi żelaznymi ćwiekami, drzwi, poczerniałych ze starości.

Chłód kościelnej nawy omywa nas ożywczym strumieniem. Plamy światła kładą się na posadzce, na pełnym cudownych rzeźb wielkim ołtarzu, wprost płonącym od złota i srebra. Święty Michał Archanioł wymierza cios leżącemu u jego stóp Przeciwnikowi. Nie rozumiem tego do końca...

Plamy światła kładą się na budzącej mój podziw, przepięknie rzeźbionej w figurki tych, którzy dostąpili Wiekuistej Światłości, ambonie, opierającej się o pokrzywiony pień jabłoni wyrastający z boku świętego Benedykta pogrążonego w tajemniczym śnie.

Fascynuje mnie szmaragdowomorska zieleń ławek, balustrady oddzielającej prezbiterium od nawy... Zieleń rządząca wnętrzem tej świątyni...

Dźwięki organów odbijają się od sklepienia, spływają potokami wzdłuż ścian. Przenikają do wnętrza, wlewając się w najtajniejsze tajniki umysłu i serca... Już nie wiem kim jestem... Już nie wiem, gdzie jestem... Jedno tylko, jedyne uczucie wypełnia mnie całego, uczucie istnienia, jakiejś nieograniczonej pełni... Nie mam już rąk ni nóg, ni oczu. Tylko czysta jaźń... Istnieję... Istnieję... Istnieję... Organy milkną. Silny męski głos podnosi się i opada w tej tajemniczej, cudownej melodii łacińskich słów, której po latach i stuleciach zapomniały już kościoły...

Te igitur clementissime Pater... Memento, Domine, famulorum famularumque tuarum... Hoc est enim Corpus meum... Hic est enim calix Sanguinis mei... Libera nos, quaesumus, Domine...
Ciebie więc najmiłościwszy Ojcze... Pomnij Panie na sługi i służebnice Twoje... To jest bowiem Ciało moje... To jest bowiem kielich Krwi mojej... Wybaw nas, prosimy Cię, Panie...

Po skraju pulpitu ławki wypolerowanej setkami i dziesiątkami setek, wspierających się o niego rąk, wędruje drobna żółtawa mrówka. Pracowicie przebiera nóżkami. Czasem się zatrzymuje, czasem próbuje skręcić w bok, ale ostatecznie wraca na wytyczoną wcześniej (przez Kogo? Przez Co?) dróżkę.

Ogarnia nas cisza. Kapłan dawno już zniknął w ciemnym prostokącie drzwi wiodących do zakrystii. Opustoszały ławki. Tylko my dwoje tkwimy w chłodnej – rozświetlonej wpadającymi przez wysokie okna smugami słońca – nawie.

Babcia pracowicie przebiera palcami paciorki różańca. Bezgłośnie porusza wargami.

A potem znów wychodzimy na ulicę. Żar leje się z nieba błękitniejącego ponad naszymi głowami.

Niewielkie białe budki tkwiące nieruchomo na rogach ulic kuszą i mamią obietnicą smacznych, orzeźwiających, zimnych tak, że aż zęby cierpną, lodów. Ale ja nie będę ich jadł... Babcia nie ma pieniędzy... Dziś dzień powszedni, a nie niedziela, kiedy to moja mama daje jej złotówkę na ofiarę w kościele. Czasem babcia, udając przed samą sobą, że to nic zdrożnego, dzieli tę złotówkę na dwie pięćdziesięciogroszówki i za jedną z nich kupuje mi wymarzonego, najmniejszego z możliwych do kupienia, loda. Ale to się zdarza rzadko. Może dwa razy w ciągu lata... Babcia nie może nazbyt często odbierać Panu Bogu tego, co mu się należy... I ja to rozumiem.

Woń macierzanki

Zrzuciłem wreszcie niewygodne, rzemienne sandałki. Pod bosymi stopami czuję miałki, jedwabisty w dotyku kurz. Niezbyt głębokim parowem, którego łagodne zbocza porośnięte są trawą i ziołami, idę tam, gdzie najbardziej lubię przebywać: w samotność letnich pól. Jeszcze z daleka dobiega mnie troskliwy głos babci:

– Tylko uważaj, żeby ci się szkło nie wbiło w nogę!

Ale ja nie muszę uważać. Instynkt zaprzeszłych pokoleń tkwiący w każdym włókienku moich mięśni i nerwów, tak kieruje stopami, że te nieomylnie mijają wszystko, co mogłoby je pokaleczyć...

* * *

Na samym środku drogi, tuż przede mną, przysiadł przepyszny motyl. Jego barwne skrzydła kuszą, by je schwycić. Ręka wyciąga się sama... Czubkami palców dotykam tego cudu... Lecz niestety, podrywa się do lotu i po chwili widzę tylko ciemny punkt ostro odcinający się od nieskazitelnego lazuru niebieskiej powały.

Pola... Tajemniczy spokój pól... Nie wiem dlaczego, lecz teraz, po latach, gdy przymknę powieki i przywołuję ich obraz, zawsze jawi się on jednakowy.

Rozkołysane łany zbielałych już, dojrzewających zbóż i ich słodkocierpki, ledwo wyczuwalny, zapach...

A przecież wydeptywałem ścieżyny wśród nich i wtedy, gdy ziemia obeschła po wiosennych roztopach, i wtedy, gdy na łagodnych stokach okolicznych pagórków piętrzyły się kopki zżętej słomy i nawet wtedy, gdy aż po horyzont ciągnęły się smutne ścierniska. I wtedy wreszcie, gdy cały świat otulony niepokalaną bielą roziskrzonego w słońcu śniegu, odpoczywał...

Żółte jaskry, bladoliliowe połacie trawiastych stoków wzgórz zarosłe gęsto macierzanką. Dzika grusza na miedzy. Skowronek zachłystujący się śpiewem, pianie dalekich kogutów, ciche poszczekiwanie psa. To wszystko tylko podkreślone ciszą, którą nasycałem moimi lękami i radościami... I marzeniami.

Na stromym obrywie lessowego zbocza, na wystającej bryle skamieniałej gliny, przycupnęła zielona, smukła jaszczurka, z brązowym szlaczkiem wzdłuż grzbietu. Nie boję się jej. Wiem, że nic złego nie spotka mnie z jej strony.

Pąsowe główki dzikich goździków wyrastających ponad gęstą trawą lekko kołyszącą się na wietrze. Tuż obok sztywne gałązki żółtego dziurawca.

W powietrzu drży mocny, korzenny zapach macierzanki, rozgrzanej ziemi, spokoju...

Dokoła mury

Ubrali mnie w granatowe (wydaje mi się, że w bardzo eleganckie) „szkolne” ubranko. Jakiż idiota wymyślił „szkolne” ubranka? I tarcze, które muszą być przyszyte do rękawów?

Ale nie to jest najważniejsze.

Stoimy w szeregach na szkolnym boisku. Wpatruję się w pryzmę koksu, która wznosi się akurat tuż przede mną. Gdzie moje pola, gdzie motyle, gdzie dzikie pąsowe goździki?

Jakiś starszy mężczyzna (potem dowiaduję się, że to dyrektor szkoły – och, jakże go wtedy nienawidziłem, chociaż teraz już wiem, iż był dobrym człowiekiem, mówi coś do nas, o jakichś obowiązkach... O jakich obowiązkach? Pamiętam przecież, że babcia mówiła tylko o jednym – że mam być świętym. I że nic ponadto się nie liczy!!! Nie rozumiecie tego?!

Po co tu stoję? Po co stoją inni?

Już nie stoimy. Pogrupowani w klasy wchodzimy do szkoły. Sala lekcyjna, śmierdząca czarnym smarem, którym wymalowano drewnianą podłogę. Koszmarne, twarde ławki, kałamarze...

Spoglądam w okno. Wiatr kołysze koronami brzóz... Tylko te brzozy są mi bliskie.

* * *

Czas skapuje kropla po kropli. Jezu! Jak długo jeszcze?!!! W Jedenastolatce edukują nas wieczorami. Za oknem zmierzch. „Pani” zapala elektryczną żarówkę.

Już nie jestem dumny z tekturowego tornistra, który – zanim poszedłem po raz pierwszy do szkoły – zakładałem na plecy i łaziłem z nim po zakurzonej chałupczańskiej drodze. Zdawało mi się, że jestem już dorosłym, prawdziwym człowiekiem.

Ech! Jakże szybko w szkole wybili mi to z głowy!

Tam zakazali mi być człowiekiem, a przerobili na ucznia.

Deszcz bębni o blaszany parapet. Na dworze już całkiem ciemno. Ostatni dzwonek. Trzeba iść do domu. Boję się. Więc wędruję pod okno, w którym pełno światła. Za jego okratowaną pocztową szybą jest moja matka. Pracuje. Zimno mi, jestem głodny, już chciałbym być w domu. Wołam ile sił:

– Mamo! Mamo! Mamo!

Czekam. Okno wciąż zamknięte.

– Mamo! Mamo! Maaamooo!!!

Okno otwiera się powoli:

– Poczekaj syneczku, już niedługo. Zaraz kończę.

Okno się zamyka. Czekam. Czas skapuje kropla po kropli. Mija godzina, półtorej. Wreszcie jest. Moja dobra, kochana mama. Pyta, co było w szkole. A cóż mogło być? Kolejny dzień przerabiania człowieka na ucznia... Wchodzimy w naszą „ulicę”, błoto klei się do butów. Błoto, wszędzie błoto...

Wchodzimy do domu. Babcia przebiera paciorki różańca. Spogląda na mnie z litością, ale nic nie mówi. Ojciec już śpi. Mama zaraz i mnie położy do łóżka. Do starego, dębowego łóżka.

Kiedy zjadłem swoją porcję kartoflanki i leżę po szyję przykryty pierzyną, mama gasi żarówkę i zapala świeczkę (żeby nie przeszkadzać ojcu). Otwiera książkę i czyta półgłosem. Po co? Przecież nauczyłem się czytać, kiedy miałem ze trzy lata. Oczy kleją się jej do snu, ale ja – mimo zmęczenia – nie pozwalam jej zasnąć. Bo książka to inny świat, choć nierealny, ale przecież nie aż tak okrutny, jak ten, w którym teraz kazano mi żyć. W tym nierealnym świecie książek motyle nadal podrywają się do lotu i jaszczurka wygrzewa się na słońcu. Tylko dlaczego tyle śmierci? Zabici rycerze leżą pokotem. Oni już co prawda nie cierpią, ale ich dzieci?...

Później nadejdzie czas, kiedy będę czytał o tym, jak zdradzono Robin Hooda – lorda Roberta. I będę płakał. A jeszcze później nadejdzie czas, kiedy czytając o tym, jak zdradzono Robin Hooda, zaniesie się łkaniem moja mała córeczka...

Nie wiem czy Robin Hood żył kiedykolwiek, ale to nieważne. Pomódl się córeczko za jego duszę. Pomódlmy się razem. Pomódlmy się za wszystkich oszukanych, zdradzonych, zabitych...

Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie...

Przytul się córeczko do mnie, przytul mocno. Ty jeszcze nie wiesz, że nigdy nie będę mógł cię obronić, że sama będziesz musiała stawić czoła światu, który choć piękny, wcale cię nie kocha. Zaśnij ufna i przekonana, że przy mnie nie stanie ci się nic złego. Dobre i to... dobre i to...

Śpij córeczko... Śpijcie córeczki... Tak bardzo różnicie się od siebie, a przecież kocham was jednakowo...

Czy to sprawiedliwe, że i wy musicie przejść tę samą drogę, pokręconą ścieżkę, którą ja ciągle i ciągle wędruję?

Ale nie ma innej drogi! Tylko ta jedna jedyna...

Może wam uda się ją sprostować?

Choć jesteście tak malutkie, i tyle w was ufności, już weszłyście na nią.

Jeszcze o tym nie wiecie, jeszcze się wam wydaje, że jestem wszechmocny. Oby to trwało jak najdłużej...
Zasnęłyście.

Jutro wstanie nowy dzień...

Zmartwychwstanie

Tylko czy twoje, tylko czy moje?

Przy grobie Pana Jezusa ustawiamy kwiaty. Kalie, same kalie. Białe i pachnące. Duże i ciężkie donice, w których rosną kruche rośliny nosimy z sąsiedniej ulicy. Niby niezbyt daleko, ale trzeba sporo wysiłku, i czasu.

Powoli powstaje grób. W centralnym miejscu leży figura Zamordowanego. Na posadzce świece...
Jeszcze nie migocą płomyczki, jeszcze nie...

„– Oto Drzewo Krzyża, na którym zawisło zbawienie świata...”.

Odsłaniają Głowę, Ręce, Nogi do tej pory zakryte fioletową tkaniną.

– Popatrz, z przebitego boku wciąż sączy się krew. Nie widzisz? Jak możesz tego nie widzieć? Adorując krucyfiks, pocałowałeś tylko nogi Zamordowanego? Nie patrzyłeś na Niego? Pocałowałeś tylko nogi i odszedłeś? Chciałeś wyrwać się z tłoku? No niby tak, za tobą była wielka ciżba ludzi. Każdy chciał pocałować te nogi. Rozumiem. Nie ma czasu, zawsze go brakuje, by choćby rzucić okiem na coś więcej, niż się musi. To dlaczego poszedłeś, by pocałować te nogi? Przecież nie musiałeś. Inni szli? I co z tego? Nie wypadało zostać samemu w podchórzu? Ach! Rozumiem! To dlatego dołączyłeś do reszty?

I tak będziesz dołączał jutro, pojutrze i jeszcze później. To też rozumiem, że nawet będzie ci Go żal, że będzie ci smutno z Jego powodu, ale zawsze będziesz tylko tym, który idzie, bo nie wypada inaczej.

Z tego powodu na początku może będziesz się wstydził przed samym sobą, ale wreszcie się przyzwyczaisz... Nie prawda! Nigdy się nie przyzwyczaisz! I wreszcie nadejdzie taki moment, że zauważysz tę Krew, która ciągle sączy się z Ran...

Czy to będzie twoje zmartwychwstanie? Czy dlatego, że zauważyłeś lepkie, czerwone krople, tym samym stałeś się innym człowiekiem? Chyba tak właśnie będziesz myślał, nie dopuszczając prawdy do siebie. Bo prawda boli. Podobnie jak miłość. Nie można ich przyjąć tylko w części, a w części odrzucić. I dlatego ciągle i ciągle będziesz szedł w tłumie... Nie wiedzieć, ku czemu zmierzasz, marząc o tym, by iść obok Niego...

Tak naprawdę ten wielki tłum nie wie, o co w tym wszystkim chodzi. Tylko pojedyncze osoby... Podobnie jak ty?...

Tymczasem On krwawi. O! Popatrz! Ten bolesny skurcz, który przebiegł po Jego Twarzy. Nie zauważyłeś? Patrzyłeś wtedy w inną stronę? Cóż, zdarza się. W końcu nikt nie zmusza Cię byś nieustannie Go obserwował. Ja widziałem. Ale co z tego, skoro w wielkim tłumie zawsze idziemy obok siebie. Ramię w ramię... A przecież tak bardzo daleko od Niego!...

Więc co? Nie będzie zmartwychwstania?

Nie, to nie tak... Nie tak...

Oczywiście, że będzie, tylko czego możemy się po nim spodziewać?

Czy uda się nam wyprostować ścieżkę?

Nowy dzień...

Już czas. Słońce wysoko. Pachnie świeże siano. Trup ojca osuwa się na mnie (zimny dotyk stężałej twarzy), gdy układam go w trumnie...

Ani jednego motyla... Macierzanka nie pachnie... Wycieli topole...

Już zmierzch. Za oknem rozmyte, o nieostrych kształtach, sylwetki bloków. Tu i ówdzie żółtawy poblask światła rozjaśnia prostokąty okien. Jakiś pies skulony i drżący leży na trawniku, mimo że inne psy biegają poszczekując co i raz. Ja skulony i drżący?...

Droga ta sama ciągle przede mną. I ciągle nie wiem dokąd mnie zaprowadzi. Powiadasz:

„– Zawróć...”

Ale czy próbowałeś zawrócić, gdy za tobą mgła tak gęsta, że nie widzisz na pół kroku, a przed tobą względnie czysto, mimo że chmury szczelnie zasnuły całe niebo? I droga tylko trochę rozmiękła, po niewielkim deszczu? Nieco błota klei się do butów, ale to nic, to nic. Ważne, że idziesz, chociaż nie wiesz dokąd. Po prostu idziesz. Idziesz...

SCHODZĄC W DOLINĘ


Andrzej Juliusz Sarwa

SCHODZĄC W DOLINĘ



Pamięci mojej Żony Elżbiety

Czemużeś smutna duszo moia? Y czemu mię trwożysz?... Psal. XLI, 6


Listopadowy zmierzch 2012 roku, szary i ponury, przesycony zawiesiną mikroskopijnych kropelek, ni to dżdżu, ni to mgły, prędko ustępował przed nadciągającą smolistą czernią nocy.

Siedziałem na krześle komputerowym nieludzko zmęczony, bezmyślnie gapiąc się w okno, z na wpół odsuniętą firanką, w którego szybach odbijał się poblask sączący się z lampki nocnej stojącej na środku biurka, tuż nad klawiaturą. Górne światła już wcześniej pogasiłem, tak że w pokoju panował półmrok.

Miałem dość. Cały dzień przy komputerze. Osiemnaście godzin. Czułem się niczym wyssana do cna skorupa małża. Uśmiechnąłem się sam do siebie, widząc niedorzeczność tego porównania. Jakże bowiem przypisywać jakieś uczucia skorupie? Byłem przecież jednak jakby pusty w środku, bez krzty energii. Kręgosłup bolał mnie coraz mocniej. Cały. Od szyi, przez plecy, aż ku lędźwiom. Doskwierał mi niemiły, tępy, a momentami przeszywający, ból. I na dodatek coraz częściej również ten ból w klatce piersiowej... Paraliżujący, odbierający oddech... Nie wiadomo czy z serca, czy z kręgosłupa, czy jeszcze z czego innego. Lekarze bezradnie rozkładali ręce. Tak naprawdę jednak to do końca nie wiem czy w ogóle słuchali, co do nich mówiłem.

Westchnąłem ciężko i popatrzyłem na prawie już pustą buteleczkę ketonalu. Bardzo rzadko po niego sięgałem, tym razem jednak uznałem, że jeśli nie zażyję tego mocnego środka przeciwbólowego, to w nocy nie zmrużę oka. Wciągnąłem plastykowy korek i wysypałem na dłoń ostatnie trzy niebieskie tabletki. Jedną włożyłem do ust i połknąłem bez popijania, pozostałe dwie wrzuciłem na powrót do fiolki.

Przygarbiony poczłapałem do kuchni, otworzyłem lodówkę, rozglądając się za butelką gazowanej wody, którą tam przed paroma godzinami wstawiłem, żeby się porządnie schłodziła. Była. Bardzo zimna. Taka, jaką najbardziej lubię, chociaż rzadko taką pijam. Nalałem jej do szklanki aż po wręby i wypiłem duszkiem. Chłód przeniknął mi zęby, gardło, przełyk.

W pokoiku obok moja żona ciągle jeszcze siedziała przy komputerze. Coś podliczała.

- Elu – powiedziałem. - Daj już spokój. Zobacz jak bardzo późno. Nie zamęczaj się tak. Ja mam dość. Kładę się i ty wreszcie odpocznij. Też przecież harujesz od świtu.

- Dobrze. Tylko jeszcze dokończę to zestawienie – odpowiedziała.

- A nie może to zaczekać do jutra?

- Nie, nie może, bo się pogubię. Naprawdę zaraz kończę. Kładź się spać.

- No to dobranoc.

Wziąłem szybki prysznic, a potem leżąc w pościeli, przez parę chwil wpatrywałem się w mrok. Zza ściany ciągle było słychać klekot klawiatury. Wreszcie zamknąłem oczy. Poczułem jeszcze, jak kot wskoczył na posłanie i, zwinąwszy się w kłębek, ułożył w nogach...

* * *

Przez pokłady snu do mojej świadomości dotarł męski głos, o jakimś dziwnym tembrze, kilkakrotnie powtarzając to jedno zdanie:

- Ona niedługo umrze, zostaniesz sam i wtedy dopiero ci pokażę!

Gwałtownie usiadłem na posłaniu, przekonany, że przyśnił mi się jakiś koszmar. Ale nie, było to zbyt realne na zwykły majak. Przetarłem oczy, wystraszony rozglądając się dokoła. Zza okna wpadało słabe żółtopomarańczowe światło latarni ulicznej, rozświetlając całe pomieszczenie. W pokoju nie zobaczyłem nikogo obcego. Byłem jednak tak poruszony tym, co usłyszałem, że już się nie położyłem, ale usiadłem, starając się uspokoić.

„Ona niedługo umrze, zostaniesz sam i wtedy dopiero ci pokażę!” - ciągle dźwięczało mi w uszach. Z akcentem na „umrze” i „zostaniesz sam”... Przez parę chwil oddychałem głęboko, żeby się uspokoić. Aż w końcu doszedłem do przekonania, że te słowa zawierające straszną przepowiednię i pogróżkę zarazem usłyszałem naprawdę. Wstrząsnął mną dreszcz... Pojąłem, że to musiał być głos złego ducha, wieszczący mi śmierć żony. Tak, bez wątpienia diabeł próbował mnie zastraszyć. Ostatecznie jednak jego słów nie potraktowałem na serio.

- Kłamca – pomyślałem.

Zaświeciłem lampkę nocną, wiedząc, że już nie usnę. Włączyłem komputer, a gdy ekran rozjarzył się na niebiesko, zerknąłem na pasek daty i zegar u dołu monitora: 3 listopada, dwie minuty po trzeciej. W tę noc do świtu było jeszcze daleko. Zadumałem się nad tym, co usłyszałem... A może jednak?... Ela nie była zbyt zdrowa. Tarczyca, nadciśnienie, oczy. Jakiś czas wcześniej miała udar, z którego – dziękować Bogu – wyszła bez szwanku... Teraz jednak wyglądała dobrze i nic nie wskazywało na to, że może być tak poważnie, że aż śmiertelnie chora... Pracowała... ciężko... nie oszczędzała się bynajmniej... tak teraz, jak i przez całe życie...

- Kłamca. Byle postraszyć – pomyślałem znowu.

Poczłapałem do łazienki, chłodny prysznic otrzeźwił mnie i jakby zmył ze mnie resztkę lęku, chociaż wciąż jeszcze czułem odrobinę jego niemiłego posmaku, gdzieś w gardle i w dołku pod sercem...

Nastawiłem czajnik. Gdy zagwizdał, zaparzyłem kawę i poszedłem z nią do swojego pokoju. Na szybko upiłem dwa gorące łyki, przy okazji parząc sobie wargi. Usadowiłem się już na dobre przed komputerem. Sprawdziłem pocztę. Odpowiedziałem na mejle. Rutyna. Po kilkunastu minutach zabrałem się do roboty.

Chciałem jak najszybciej dokończyć pracę nad tą książką. Temat był ciężki. Mroczny i duszny: zdemonizowanie... Doskonale rozumiałem, czemu diabeł usiłuje mnie zastraszyć... Mogłem go tą książką ugodzić, może odebrać kogoś, na kogo już naostrzył pazury i snuł jakieś plany, a to było niewybaczalne. Mnie, co prawda już miał, ale czy kogoś więcej za moją przyczyną, dzięki mnie?

Do skrzypienia, jakichś cieni przemykających przez pokój, ledwie dostrzeganych kątem oka, dziwnych trzasków, smug obrzydliwego smrodu w powietrzu i nieoczekiwanych chłodnych powiewów już się zdołaliśmy z żoną przyzwyczaić. Nawet i do straszenia domowych zwierzaków, a szczególnie kocura Włóczka. Skoro to jednak na mnie nie podziałało, Zły sięgnął po cięższą artylerię...

Po wydaniu Uwikłanego pewnie sam bym się nie zdecydował na napisanie kolejnego tomu. Marta jednak, apodyktyczna i nieznosząca jakiegokolwiek sprzeciwu dyrektor do spraw wydawniczych, zachwycona pierwszym, wręcz mnie przymusiła do pisania kolejnego. A zanosiło się na to, że może być i trzecia część. Tak mi przynajmniej „wychodziło” z dotychczasowej pisaniny.

Po prawdzie, to drugą część skończyłem już pod koniec października, a teraz nanosiłem tylko poprawki i niektóre fragmenty przeredagowywałem. W zasadzie taka kosmetyka. Tyle że zabierała mnóstwo czasu.

Znów westchnąłem głęboko i poranną pracę zacząłem od lektury tego, com pozmieniał w tekście wczorajszego dnia przed wieczorem, szukając jeszcze ewentualnych błędów i robiąc konieczne poprawki. Nie lubiłem tej roboty. To gorsze i nudniejsze od klejenia kopert...

Wreszcie tekst ostatecznie wygładziłem i zacząłem czytać całość raz jeszcze, żeby złapać sens, a gdy skończyłem, odchyliłem się do tyłu, by rozprostować kości. Potem wstałem z krzesła i zrobiłem głęboki skłon, aż usłyszałem całą serię trzasków w odblokowujących się stawach kręgosłupa.

Z kuchni dobiegały już odgłosy krzątaniny. Ela przygotowywała sobie jakieś skromne śniadanie. Ja nie miałem jeszcze ochoty do jedzenia. Wszedłem jednak do kuchni, a przechodząc obok, musnąłem wargami policzek żony.

- Cześć!

Zabrałem się za przygotowywanie drugiej szklanki kawy.

- Cześć! Znowu nie spałeś? - zapytała Ela.

- Spałem. Do trzeciej. Obudził mnie jakiś koszmar.

- Co ci się śniło?

- Koszmar i tyle. Nie pamiętam już – skłamałem, jednocześnie z niepokojem zerkając na twarz Eli, jakby szukając w niej jakichś szczególnych oznak choroby. Ale wyglądała dobrze. Wyjątkowo dobrze. Na dodatek miała znakomity humor. Jak rzadko.

- Nie pij tyle kawy! - opamiętaj się trochę. - Chcesz się jeszcze bardziej rozchorować?

- Eee, tam. Zdążyłem się już zmęczyć i nie czuję się całkiem przytomny. Która to godzina?

- Szósta.

- No widzisz? To już prawie trzy godziny pracy za mną.

Nic już nie powiedziała, wzruszyła tylko ramionami.

* * *

W niedzielę 11 listopada było ładnie, żadnego dżdżu, żadnej mgły, żadnego wiatru. Słonecznie, chociaż już trochę chłodno.

- Może byśmy poszli dziś do św. Jakuba na 9:15? - zapytała Elżbieta.

- Niech będzie. Chociaż można by gdzieś bliżej...

- Chodźmy! Przez Podwale, na skróty.

Wiedziałem, że uwielbiała ten deptak, którego z kolei ja znowu nie cierpiałem.

Ubrała się w czarną jesionkę, kozaki, skórkowe rękawiczki, ale głowę miała gołą.

- Mnie oczy wybijasz, że nie dbam o siebie, ale sama w ziąb chodzisz z gołą głową. Koniecznie chcesz się rozchorować?!

- Nie przesadzaj. Nic mi nie będzie. W słońcu przecież ciepło.

- Właśnie... w słońcu – burknąłem.

Ponieważ wyszliśmy grubo przed czasem, wędrowaliśmy w stronę kościoła bez pośpiechu. Minąwszy ciąg spacerowy Podwala Dolnego, zagłębiliśmy się w niezbyt głęboki parów, dość stromo pnący się w górę, którego gardziel wychodziła na wprost drzwi starożytnej ceglanej świątyni ojców dominikanów.

W jesiennym powietrzu rozświetlonym nisko wiszącą kulą słoneczną czuć było świeży, charakterystyczny zapach spadłych klonowych liści. Sporo ich też jeszcze wisiało na drzewach, mieniąc się czerwieniami, brązami i złotem. Ela robiła zdjęcia. Lubiła je robić, choć siebie fotografować zwykle nie pozwalała.

W parowie było jednak tak pięknie, że – choć niechętnie – to jednak nie sprzeciwiła się, żebym i ją uwiecznił w tej bajkowej nieomal scenerii. Stoi więc na tym zdjęciu spokojna, chociaż twarz ma jakby zmęczoną a oczy przymknięte. I jakiś ni to półuśmiech, ni to półgrymas na ustach... Stoi na kobiercu opadłych różnobarwnych liści i taki sam kobierzec ma w tle, a tylko gdzieś w oddali majaczą niewyraźnie zarysowane bryły domów ulicy Zamkowej...

* * *

To był spokojny dzień... Długi, spokojny spacer po Mszy... I spokojne popołudnie. I nastrój radości, przepełniający nas oboje i jakieś wyjątkowe poczucie bezpieczeństwa doświadczanego przecież w życiu niezbyt często... I cichy wieczór i noc spokojna, choć pogoda o zmierzchu się załamała i krople dżdżu w ciemności delikatnie podzwaniały o szyby...

* * *

Zima mijała powoli. Boże Narodzenie było u nas w domu troszkę inne niż zwykle, bo po raz pierwszy od ponad trzydziestu lat ubraliśmy dużą, żywą choinkę, której rolę spełniło okazałe drzewko cyprysika, wycięte w przydomowym ogródku. Co prawda nie pachniało tak pięknie, jak jodła czy świerk, ale nasz kocur i tak się z niego ucieszył...

* * *

27 grudnia ostatecznie zakończyły się prace nad książką, tak z mojej strony, jak i strony wydawcy, i – przyznam, że z niejaką obawą – poprosiłem żonę o przeczytanie ostatecznej wersji tekstu... Jak zwykle zresztą... Zawsze była moją pierwszą czytelniczką...

* * *

W sam dzień Nowego 2013 Roku Ela odłożyła komputerowy wydruk Szeptów i cieni. Przez jakiś czas nic nie mówiła. W końcu pokręciła głową jakby z dezaprobatą.

- I co? Nie podoba ci się?

- Nie, książka jest dobrze napisana... tylko...

- Tylko co?...

- Tyle w niej zła... że momentami aż boli...

- Przecież dobrze się kończy... - zauważyłem nieśmiało.

- Niby tak... chociaż nie... ostatnia scena... nic się dobrze nie kończy, w kolejnej odsłonie wszystko zacznie się od nowa... tak ten świat urządziliśmy... tacy jesteśmy...

- My?

- My. Ludzie.

- Może nie będzie następnej odsłony. Czuje się wyczerpany... chyba nie dam rady napisać kolejnej takiej książki...

- Teraz tak mówisz. Ale czegoś w tej powieści nie dopowiedziałeś. Czegoś brak. Myślę, że jednak powinieneś napisać dalszą część. Ta zostawia niedosyt...

Zawiesiła głos.

- Zresztą – uśmiechnęła się – ani ty sam nie wytrzymasz, żeby nie dokończyć, co zacząłeś, ani Marta ci na to nie pozwoli.

Miała na myśli mojego wydawcę. Czy też raczej moją wydawczynię? Nie wiem, jak to się teraz poprawnie mówi.

* * *

Zima powoli mijała. Nadszedł marzec. Coraz dłuższe dnie, chociaż śnieg wciąż sypał i sypał, a odwilże nie zdarzały się zbyt często...

Powieść poszła do druku. W wydawnictwie obiecywali, że w miarę szybko się ukaże. Może już w pierwszym tygodniu kwietnia.

* * *

Ela od kilkunastu dni czuła się nie najlepiej. Nie chciała powiedzieć, co jej tak naprawdę dolega, ale musiała naprawdę fatalnie się miewać, skoro uznała, że powinna sobie zrobić USG jamy brzusznej. Sama je sobie „zleciła”. I zrobiła. Prywatnie jak to w tej naszej „czeciej erpe”.

12 marca wylądowała w szpitalu. Miał to być jakiś nieskomplikowany zabieg. Potem standardowo próbki do badania histopatologicznego. Czekanie... niepokój i nadzieja... na przemian... Czekanie... czekanie...

* * *

Na Wielkanoc spadł kopiasty śnieg. Do kościoła, w czasie triduum paschalnego, trzeba było brnąć przez głębokie zaspy... Ela, chociaż po szpitalu, po zabiegu, w kiepskiej formie i słabej kondycji nie opuściła żadnego nabożeństwa.

W Wielki Piątek poszliśmy do św. Ducha.

Gdy celebrans zaintonował:

Oto drzewo Krzyża, na którym zawisło zbawienie świata...

w kościele zgasły wszystkie światła. Tylko płomyki świec migotały słabiuśko, rozświetlając swoje najbliższe otoczenie. Zdezorientowani wierni nie wiedzieli co się dzieje, rozglądali się dokoła i szeptali do siebie wyraźnie zaniepokojeni. Celebrans kontynuował nabożeństwo.

Zwykła awaria elektryczności, ale pozostała w sercu jakaś drobina lęku, jakaś niepewność, jakaś obawa...

Znak?... Ech! Zaraz znak... Co za magiczne myślenie!... Nie ma żadnych znaków, są tylko przypadki! Według naukowców. Tych współczesnych szamanów.

* * *

2 kwietnia Ela pojechała do laboratorium odebrać wyniki badania wycinka, który jej pobrano podczas zabiegu. Nie czuła się źle. Powoli dochodziła do siebie. Ja zostałem w domu. Jak zwykle siedziałem przy komputerze.

Zadzwonił telefon:

- Niech przychodzi. Książka już jest wydrukowana. Czekam! – w słuchawce odezwał się głos Marty.

- No wreszcie!

- Niech nie marudzi, tylko przychodzi! Sija żmija! - rozłączyła się.

* * *

Z trudem wygramoliłem się na piętro. Szedłem powoli długim korytarzem w stronę pokoju redakcyjnego. Już miałem wziąć za klamkę, kiedy zadzwoniła komórka. Zatrzymałem się przed drzwiami. Zrobiłem dwa-trzy kroki w tył, wygrzebałem ją z kieszeni i przyłożyłem do ucha. To była Ela.

- Odebrałam... wynik... - zawiesiła głos, który brzmiał jakoś niepewnie, rwał się.

Znieruchomiałem, czekając na dalsze słowa. W kilka sekund pot pokrył mi czoło, a serce waliło w piesiach, omal ich nie rozrywając.

- ...i nie wygląda to dobrze – dokończyła Ela. - Teraz nie chcę rozmawiać. Pogadamy w domu.

Nie wiedziałem co mam robić. Najchętniej odwróciłbym się na pięcie i czym prędzej wybiegł z budynku wydawnictwa. Nie umiałem jednak być sam w takiej chwili.

Nacisnąłem klamkę. Ciężko usiadłem na krześle przy szklanym stoliku. Marta podała mi świeżo wydrukowaną książkę. Wziąłem ją bezmyślnie, obróciłem parę razy w dłoniach. Otworzyłem, zamknąłem i odłożyłem na bok.

- No co? Nie podoba się? Co znowu nie pasuje? Format eska, papier objętościowy, folia soft touch, lakier punktowy, nazwisko wyeksponowane... to o co chodzi? - zapytała Marta.

W oczach zaszkliły mi się łzy.

- Co się stało?! No niech mówi!

- Przed chwilą dzwoniła żona... Jednak to rak... - nie mogłem dłużej powstrzymać szlochu...

* * *

Szukanie ośrodka. Kielce. Rzeszów. Badania. Kielce nie. Rzeszów cudem „od ręki”. Badania. Zalecenia. Operacja. 10 maja. Tarnobrzeg. Najszybciej. Bez czekania. Operacja radykalna. Czemu nie w Sandomierzu w kwietniu? Może by nie doszło do wrastania nowotworu do naczyń krwionośnych?!!! Wzruszenie ramion. Czemu, do cholery, nie w kwieeetniuuu?!!!

* * *

9 maja. Zacząłem pracę nad trzecim tomem trylogii. Będzie nosił tytuł Ziarna ocalenia. Mam złe przeczucia. Piszę tę książkę dla Eli. Jej ją zadedykowałem... Czy nie za późno?... Dopiero kilka stron zapełniłem czarnymi rządkami liter... Ile mam czasu?... Ile mamy czasu?... „Nie myśl o tym, pisz” - mówię sam do siebie.

* * *

Znów Rzeszów. Maj. Brachyterapia. Trzy frakcje. Dochodzenie do siebie. Oddech ulgi. Przypływ nadziei. Coraz więcej nadziei... Coraz więcej. „Będzie dobrze”. Wszyscy dokoła mi tak mówią. „Panie Andrzeju, będzie dobrze. Naprawdę”. Niektórzy nawet głaszczą mnie po ramieniu. Będzie dobrze...

* * *

Znów zaczęliśmy razem wychodzić na miasto. Już nie codziennie jak jeszcze tak niedawno, ale raz, czasem nawet i dwa razy w tygodniu. Ela wygląda prawie kwitnąco. Kto by powiedział, że jest tak ciężko chora?

* * *

Czerwiec zaczął się ciepły. Może będzie też spokojny?...

* * *

We wtorek 4 czerwca, ostatni raz widziałem swojego ulubieńca, a raczej mojego przyjaciela, kota Włóczka. Niepokój. Coraz większy.

- On już nie wróci. Był zbyt ufny. Szedł do każdego człowieka...

- Ty zawsze wszystko czarno widzisz – skarciła mnie Ela.

Dziesiątego znaleźliśmy go na śmietniku w pobliżu budowy wielkiego hotelu. Już się rozkładał. Miał wybite wszystkie zęby. Ktoś się zabawił. „Koty som fauszywe, co nie? Zabić kota!” Zabili... Jakby mało było, cisnęli na śmietnik. Zbezcześcili...

Przynieśliśmy go z Elą do ogródka za domem. Pogrzebali w miejscu, gdzie jako mały kociak lubił się przed nami chować śród traw i kwiatów... tak dla zabawy... Tu już nikt go nie skrzywdzi... Zazieleni się trawą... zakwitnie hiacyntami... liliami zapachnie... W słodkim kwietnym nektarze pracowita pszczoła poniesie go do ula...

* * *

Pracujemy oboje pełną parą. Ile sił starczy. Żadne z nas się nie oszczędza. Po co? Żadne z nas nic nie mówi, ale oboje myślimy pewnie to samo. Nie wiadomo, ile wspólnego czasu da nam jeszcze Pan Bóg... Pewne sprawy trzeba dokończyć. Ale przecież będzie dobrze... będzie dobrze... „Oooch, panie Andrzeeeju! Będzie dooobrze!”

* * *

31 lipca Ziarna ocalenia po korekcie autorskiej. Merytoryczna ocena teologiczna (tak się teraz nazywa cenzurę kościelną) też gotowa – bez uwag. Teraz już reszta zależy od Marty. Kiedy znajdzie czas, żeby dokończyć pracę nad książką? W zasadzie książkę już by można dawać do druku...

* * *

Sierpień na początku zapowiadał się dobrze, ale tylko na początku. Nowe dolegliwości. Jakieś zaziębienie? Ból w boku. Chyba ją przewiało. Raczej nic groźnego. Przynajmniej tak to wygląda. 16 sierpnia Ela znów sama zdecydowała się na USG. Płyn w jamie opłucnowej. Chyba to nic takiego? Antybiotykoterapia. Może jednak zrobić rentgen klatki piersiowej? 19 sierpnia rentgen – liczne guzki w obydwu płucach. 28 sierpnia tomografia. Nie ma już najmniejszych wątpliwości... przerzuty do obydwu płuc. Duże guzy...

* * *

- Słuchaj – powiedz mi...

Z trudem hamując szloch, czytam koledze medyczny opis.

- Jak to rokuje?

Milczenie.

Po chwili słyszę w słuchawce.

- Nie jestem specjalistą... Może to być tylko kilka miesięcy...

Milczymy.

- Ale nie bierz sobie tego tak bardzo do serca, co powiedziałem. Jeszcze może być różnie – dodaje szybko.

Pociesza. Co za czasy... prawda na dalszym planie... byle nie było przykro... Ale i tak jest przykro... Zawsze... To po co udawać?... Political correctness...

* * *

6 września 2013 rozpoczęto paliatywną chemioterapię. Sześć cykli. Potem hormonoterapia. Nie ma poprawy. Jest za to progresja – rozsiew do kości, do opłucnej. Ból... ból... ból... nieustający, straszny, odczłowieczający nieomal... Radioterapia. I znów ból... Jeszcze większy! Miał się zmniejszyć, a się nasilił.

I ani jednego słowa protestu. Ani śladu buntu czy choćby sprzeciwu... Czasem łzy na chwilkę zaszklą się w oczach, ale nie płyną po policzkach.

„Elu – szepcę sam do siebie – czemu mi stawiasz tak wysoko poprzeczkę? Czy udźwignę cierpienie tak jak ty, jeśli kiedyś śmierć zacznie i o mnie się upominać?”

* * *

- Pani Marto, nie czekajmy na ostateczną korektę! Dajmy już tę książkę do druku – proszę.

Mały podstęp. Specjalnie dla Eli wydrukowali egzemplarz. Zrobili tak, jak planowano. Format eska, papier objętościowy, folia soft touch, brak tylko lakieru punktowego... ale można tego nie zauważyć... Cały nakład na maszyny pójdzie później...

* * *

Ela ma lepszy dzień. Mniejszy ból, słabsze i mniej bolesne skurcze nóg i prawie bez wymiotów...

- To dla ciebie – podałem jej książkę.

- Ziarna ocalenia – przeczytała półgłosem tytuł. Ładna okładka.

Otworzyła. Spojrzała na dedykację: Eli, mojej żonie i przyjacielowi od blisko czterdziestu lat, której tyle w życiu zawdzięczam. Autor.

W końcu jej to powiedziałem. Szkoda tylko, że tak późno...

* * *

Ostatnie wspólne Boże Narodzenie... Już nie ubieramy żywej choinki...

* * *

Rok 2014 to wciąż i wciąż narastający ból...

* * *

9 kwietnia znowu chemioterapia... drugi rzut... Jeszcze większe cierpienie... Tracimy kontakt. Wydaje się, że już nadszedł kres. Ela zbiera się jeszcze. Znów jesteśmy razem w domu. Ostatnia wspólna Wielkanoc...

* * *

3 sierpnia wyjeżdżamy poza Sandomierz. Przyjaciel, pan Andrzej namówił nas na 'Kulinaria Gorzyczańskie'. Siedzimy zatem w Gorzyczanach na podwórzu remizy strażackiej w niemiłosiernie prażącym słońcu. Ani odrobiny cienia. Jemy miejscowe przysmaki. W powrotnej drodze córka, Asia, wiezie nas nad Wisłę.

Siedzimy na ławce na bulwarze. Niskie słońce igra złocistymi refleksami na dachach budowli Starego Miasta. Z tyłu, za naszymi plecami połyskuje Wisła.

Ela przymrużonymi oczami wpatruje się w Kościół św. Jakuba, Zamek, Katedrę. Milczy i tylko niepewnie się uśmiecha, jakby już wiedziała, że widzi to ostatni raz... Słońce wciąż jest ostre. Oślepiające. Ela zakłada duże ciemne okulary i wciąż leciuchno się uśmiecha... Siedzę obok ze spuszczoną głową. Myśli, najrozmaitsze, kłębią mi się w czaszce... Asia robi nam zdjęcie...

* * *

4 sierpnia zastosowano trzeci cykl chemioterapii. Efekt żaden. Cierpienie...

* * *

23 sierpnia po raz ostatni razem wychodzimy z domu tak jakby na spacer. Jedziemy na działkę, oddaloną od domu o trzysta metrów, którą kupiliśmy dla córek, dla Asi i Martuni. Ela dość stromym podjazdem prawie o własnych siłach wychodzi na wierzchołek płaskiego wzgórza. Tylko trochę ją podtrzymujemy. Wynajęci robotnicy kończą porządkowanie terenu.

W moim sercu kiełkuje nadzieja...

Wracamy do domu...

* * *

31 sierpnia. Jutro urodziny Eli. Przychodzą przyjaciele z Wydawnictwa Diecezjalnego: Marta, dyrektor Leszek. Niespodzianie wpada redaktor Tomek z „Gościa Niedzielnego”. Ktoś jeszcze? Nie pamiętam... Ela już nie wstaje, ale jeszcze chce pełnić honory domu. Marta jej wręcza przepiękny biały storczyk – Dendrobium compactum – przemyka mi przez głowę, ot takie skrzywienie z dawnych lat, kiedy zajmowałem się ogrodnictwem...

Ela patrzy na nas jakimiś takimi dziecinnymi oczami. I mówi:

- Przez cały czas jest tu ze mną jakiś mężczyzna... Ani ładny, ani brzydki. Nie boje się go, bo on mnie pilnuje. I coś dziwnego – jest przy mnie, ale jednocześnie jakby wszędzie, w całym pokoju...

Marta mówi niepewnie:

- Może... może to anioł stróż?

- Może... Może anioł stróż... - myślę sobie.

* * *

Nie próżnujemy. Nadal praca ponad siły. Ela, gdy tylko może siada do komputera. Do końca września praktycznie sama wciąż kieruje swoim wydawnictwem... Nie chce pomocy...

6 października 2014 po raz ostatni sama zamawia druk nowych książek.

Potem sprzątamy jej biurko. We dwoje. Ma być porządek. Wszystko na swoim miejscu – jak zawsze. Jak przez te prawie czterdzieści lat wspólnego życia.

- Nie zmarnujcie wydawnictwa.

- Nie zmarnujemy, Elu.

- Zlikwiduj wszystkie krzewy w donicach i kwiatki w ogródku, bo sam sobie z tym nie poradzisz.

- Dobrze.

- …

Nie wiem, co jeszcze chciała mi powiedzieć.

I ja nie wiem, co ja mam jej powiedzieć.

- Wiesz? Jeszcze napiszę dla ciebie książkę. Tylko dla ciebie – mówię niepewnym głosem.

Uśmiechnęła się lekkuchno. Chyba nic głupiego ani nieważnego nie powiedziałem?... Czy chciałem jej dać jakąś fałszywą nadzieję? Sam nie wiem...

- Byle tylko dobrze się kończyła...

- Co? - nie zrozumiałem.

- No, ta książka dla mnie.

Uśmiechnąłem się niepewnie i nic nie odpowiedziałem, ale w sercu przyrzekam sobie, że ta na pewno dobrze się skończy. Chociaż wiem, że Ela już jej nie przeczyta...

* * *

20 października – drastyczny spadek poziomu potasu. Karetką do szpitala, na oddział paliatywny. Uzupełnienie elektrolitów.

- Zabierzcie mnie do domu! - prosi. Potem żąda. Wreszcie krzyczy.

Zabieramy ją 26, nie możemy już sami przed sobą udawać, że wyzdrowieje...

Ból... Ogromna, straszna rana odleżynowa na plecach, widać kości kręgosłupa. Niegojąca się rana na dłoni po oparzeniu chemią... Ból... gardło spalone chemią... nie może przełykać. Już nie je. Prawie przestaje pić. Ból... Ból...

Morfina. Coraz więcej morfiny. Coraz więcej... Półsen, półczuwanie. Coraz słabszy kontakt... Ból... Ból... Jego nie da się ukryć ani zamaskować... Morfina...

Ela nie pije. Już trzeci dzień prawie nic nie pije. Córki od miesięcy nie odstępują od łóżka matki. Opiekują się nią, jak ona kiedyś nimi, gdy były maleńkie i bezradne... Wiem, że to ją krępuje, zawstydza... Próbują poić. Po kilka kropel... Niewiele to daje. Rwie się kontakt.

Asia twardsza. A może to tylko pozór?... Marta częściej nie kryje łez... Ja mam suche oczy, tylko wciąż ten nieznośny i gorzki skurcz w gardle...

* * *

Piątek, 31 października. Siedzimy wokół posłania Eli. Marta, Asia, ja, jej brat, ciotka, bratowa. Ela milczy. Nie może mówić. Czasem próbuje wydobyć z siebie głos, ale się jej to nie udaje.

Godzina 15:40, widzę, że porusza wargami, pochylam się nad nią. Słyszę całkiem wyraźnie, spokojne wypowiadane słowa:

- To już koniec...

* * *

W nocy z 1 na 2 listopada śni mi się, że Ela ubiera się bardzo starannie i wyjątkowo elegancko. Zakłada perukę. Pytam: „A dokąd się wybierasz?” „No jak to dokąd? Do kościoła”. Jest spokojna, zadowolona...

* * *

Niedziela 2 listopada. Ela nadal nie pije. Trzeba z tym coś zrobić. Córki obdzwaniają miasto. Nie tak łatwo znaleźć pielęgniarkę w wolny od pracy dzień tuż po Wszystkich Świętych.

Wreszcie jest. Wchodzi do pokoju. Próbuje się wkłuć do żyły, żeby podłączyć kroplówkę. Ale naczynia pękają. Jedno po drugim. Każde. Po prawie godzinie daje temu spokój.

- Proszę pani, ile czasu jeszcze zostało? - pytam nie całkiem swoim głosem.

- Wie pan, nie można powiedzieć. Może być jeszcze dobrze...

Tu chodzi o wieczność, a nie o to, by komuś jakimś słowem nie zrobić przykrości... Ale takie czasy... Ale ona pewnie tego nie rozumie, więc o nic już jej nie pytam. Widzę, że by chciała jak najlepiej i najdelikatniej... tymczasem tu nie chodzi o polityczną poprawność... chodzi o wieczność...

Wyszła.

Dzwonię do kolegi.

- Piotrek... - głos mi się łamie. Relacjonuję mu, jak wygląda sytuacja, podaję objawy... - powiedz, ile jeszcze...

- Zaraz przyjadę.

Rzeczywiście w ciągu kilku minut już jest na miejscu.

Bada Elę. Dokładnie. Patrzymy na niego pytająco.

- Najwyżej kilka godzin...

* * *

Obdzwaniam księży. Żaden nie odbiera telefonu. Była co prawda zaopatrzona świętymi sakramentami, ale Wiatyk w godzinę śmierci... W końcu oddzwania proboszcz, ksiądz Jerzy.

- O co chodzi?... Będę za kilka minut...

Podnosi w górę biały okruch Chleba:

- Oto Baranek Boży...

- Ela przełyka Ciało Pańskie z paroma kroplami wody. Przełyka!

Warkot silnika samochodu proboszcza milknie za wzniesieniem. Znów zostajemy sami. Ela, córki i ja... Nie ma żadnej grozy. Tylko smutek. Przebieram w palcach ziarna różańca. Głowa mi płonie i wiruje.

* * *

Przyszli przyjaciele Basia i Piotrek. Żółtawym blaskiem sieje ogarek gromnicy. Odmawiamy modlitwy za konających...

Obydwie kotki, Brunia i Stara Kocica, nie opuszczają posłania Eli. Tulą się do niej. Tylko kundliczka Rudzia jakby jej unikała od czasu, kiedy jeden jedyny raz w swoim niedługim jeszcze psim życiu zaczęła wyć, gdy po raz ostatni wieziono Elę do szpitala...

Brunia tuli się do jej obolałej, niezagojonej dłoni. Nieznaczny ruch, jakby Ela palcami chciała jeszcze pogładzić to czarne aksamitne futerko... Nie sięga, palce bezwładnie opadają...

Po grymasie twarzy widzimy, że ból znów się nasila. Kolejny zastrzyk z morfiny.

Jest po 21.00. Basia i Piotrek się żegnają. Znów zostajemy sami.

Czas skapuje powoli... bardzo powoli... zmęczenie narasta. Ledwo patrzę na oczy. Powieki same mi się zamykają. Muszę się położyć. Choćby na chwilę. Nie jestem tak twardy, jak Asia. Jestem potwornie zmęczony.

Przez płytki sen dobiega do mnie głos córki.

- Mama właśnie zmarła...

Zerkam na zegarek. 00:55.

Wieczny odpoczynek racz jej dać Panie... Wieczny odpoczynek racz jej dać Panie... Wieczny odpoczynek racz jej dać Panie... Wieczny odpoczynek racz jej dać Panie... - tylko to jedno kołacze mi w głowie.

Asia z Martą ubierają mamę. Ja pomagam podźwignąć czy podtrzymać ciało. Niech żadne inne ręce prócz naszych...

Około 2:00 lekarz zerka na nią z daleka. Nawet nie podchodzi do posłania... warkot odjeżdżającej karetki pogotowia...

Znów warkot auta... Innego...

- Tak, to tutaj... Proszę za mną, tędy...

Zasuwają plastykowy worek...

Ela po raz ostatni mija drzwi wejściowe... Już nigdy nie wróci do naszego domu...

Stoję przy furtce i patrzę na oddalające się światła samochodu, który ją uwozi w czerń listopadowej nocy... Tylko paręnaście sekund i zostaję sam na sam już tylko z ciszą pustej ulicy rozświetlonej mdłym żółtawym poblaskiem sodowych lamp...

Wracam do domu. Zerkam na budzik w pokoju Eli. Zatrzymał się. Trzeba go nakręcić. Wyciągam rękę w jego stronę, ale zaraz ją cofam. Nieruchome wskazówki pokazują dwie minuty po trzeciej. Jest 3 listopada 2014 roku. Ponieważ wczoraj była niedziela, to dzisiaj jest Dzień Zaduszny...

* * *

5 listopada. Dzień pogrzebu piękny, słoneczny, ciepły. Kościół św. Józefa przepełniony ludźmi. Dziewięciu kapłanów celebruje uroczystości żałobne. Nigdy, przenigdy bym się tego nie spodziewał... bo niby czemu? Niewiele do mnie dociera. Kondukt wędruje ku bramie Cmentarza Katedralnego. Hamuje ruch uliczny. Na drzewach w lekkuchnym oddechu wietrzyku drżą i mienią się feerią barw jesienne liście. Igrają na nich złote plamki słonecznego blasku...

Zatrzaskuje się grobowa pokrywa.

A potem już tylko kwiaty, kwiaty, kwiaty... całe naręcza... Wieńce, wiązanki, pojedyncze... Nic spod nich nie widać.

Wszystko się skończyło...

* * *

12 listopada. To już dziewięć dni, jak się rozstaliśmy...

Patrzę na dwa najbliższe mojemu sercu zdjęcia Eli... Na jednym stoi spokojna, chociaż twarz ma jakby zmęczoną a oczy przymknięte. I jakiś ni to półuśmiech, ni to półgrymas na ustach... Stoi na kobiercu opadłych różnobarwnych liści i taki sam kobierzec ma w tle, a tylko gdzieś w oddali majaczą niewyraźnie zarysowane bryły domów ulicy Zamkowej...

Na drugim siedzimy obok siebie na nadwiślańskiej ławce, ja mam opuszczoną głową, a ona leciuchno się uśmiecha...

Skurcz ściska mi gardło...

* * *

Nie robiłem tego od lat. Uważałem, że z wierszy się wyrasta. I że ja już mam to poza sobą. Jednak przymus był tak silny, że nie udało mi się mu przeciwstawić. Palce rytmicznie uderzają w klawiaturę. Nie myślę, nie analizuję, nie dobieram słów, nie cyzeluję. Pojawiają się rzędy wyrazów. Wers po wersie. Tylko tak mogę jeszcze coś powiedzieć Eli... Prosto, bez przemyśleń, z samego serca...

Zostało mi po tobie uśmiechnięte zdjęcie
i w gardle skurcz bolesny
i ciągłe czekanie
że może we drzwiach staniesz
jak co dnia
przez te blisko lat czterdzieści...

W głuchym oknie niejasne odbicie
mojej twarzy wpatrzonej w tę ciemność i pustkę
co ciszą się rozpełzła od zmroku do świtu
dusznych nocy samotnie liczących sekundy...

Tyle niedopowiedzeń
a był czas po temu
żeby nic nie dzieliło a łączyło wszystko
tyle skier z kropel rosy
słonecznych plam tyle
mgieł i szarug jesiennych gdzieś odeszło...
i pies sąsiadki już cię nie pamięta...

Zostało mi po tobie uśmiechnięte zdjęcie
i w gardle skurcz bolesny
i ciągłe czekanie
że może we drzwiach staniesz
jak co dnia
przez te blisko lat czterdzieści...


Ale w szafie ubrania
zamknięte w komplecie
i tylko buty rządkiem stoją
gotowe do wyjścia...

I moje też gotowe
tylko...
nieposłuszne serce
ciągle bije... i bije...
zatrzymać się nie chce...




Tekst oraz ilustracje © Andrzej Sarwa. Wszelkie prawa zastrzeżone.