poniedziałek, 3 września 2018

Ósmy dzień tygodnia. Rzeczy ostateczne człowieka i świata. Eschatologia Kościoła Wschodniego. (9)

Ku Zaświatom

Początek życia wiecznego pogrążony jest w bezruchu, martwocie i ciszy, a przecież wtedy odbywa się coś niesłychanie ważnego – sąd częściowy1, który ma miejsce zaraz po śmierci fizycznej. I tą kwestią zajmiemy się niżej.




Hieronymus Bosch (1450-1516), Ku Zaświatom..., źródło Wkimedia Commons

Z chwilą pogrzebania ciała zmarłego człowieka, wszystko, co było ważne z punktu widzenia doczesności – skończyło się. Jednocześnie jednak i śmierć i mogiła stały się bramą wiodącą ku nieśmiertelności. Oczywiście pewność życia wiecznego jest negowana przez osoby niewierzące, dla których śmierć ciała jest jednoznaczna z całkowitym i ostatecznym unicestwieniem ludzkiej istoty. Gdy więc Cerkiew głosi prawdę o życiu wiecznym, owe osoby pytają: „Ale skąd wiadomo, że istnieje życie po śmierci? Czy powrócił ktoś stamtąd, aby o tym opowiedzieć?” Na tak postawione pytanie wszyscy wierzący w Boga Stwórcę świata i człowieka, wszyscy wierzący w to, iż autorzy Ewangelii spisywali jej słowa pod natchnieniem Ducha Świętego, mogą odrzec razem ze św. Janem Złotoustym: „Rzeczywiście, z umarłych nikt nie powrócił, ale Bóg, który ponad wszystko zasługuje na wiarę, obwieścił nam to”.2

W istocie Pan Bóg już w czasach starotestamentowych odkrył przed nami, że po śmierci fizycznej ciała ludzkie...

„...gdy im oddech odbierzesz, marnieją i powracają do swojego prochu”. (Ps 104 (103), 29 BT)

bo:

„...wszelkie ciało zginie i człowiek w pył się obróci”. (Hi 34, 15 BT)

Dusza natomiast powróci do Boga, który:

„...ulepił człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia, wskutek czego stał się człowiek istotą żywą”. (Rdz 2, 7 BT)

Ta mająca ogromne znaczenie prawda została przepięknie wyrażona w Księdze Koheleta3

„...i wróci się proch do ziemi, tak jak nią był, a duch powróci do Boga, który go dał”. (Koh, 12, 7 BT)

W takim razie sama logika nam podpowiada, że jeżeli dusza oddzieli się od ciała, rozpadnie się ono na poszczególne elementy, pierwiastki, z którego zostało zbudowane, ale dusza – jako niezłożona, a zatem niemogąca podlegać rozkładowi – winna po śmierci trwać nadal.4

Wiara w życie pozagrobowe, gdzie odbiera się nagrodę lub jest się karanym, wyznawana jest przez prawosławnych chrześcijan od samego początku. Na przykład św. Eudoksjusz, męczennik, żyjący na przełomie III i IV wieku, straszony różnymi rodzajami tortur, wierząc w życie po śmierci, tak mężnie odpowiedział swojemu oprawcy:

„– Nie przeraża mnie ogień, którym mi grozisz. Boję się ognia piekielnego, czekającego niepokornych odstępców od Chrystusa. A jeśli użyjesz przeciwko mnie miecza, stanie się on kluczem do Królestwa Bożego. Ujrzę tam światło wiekuiste i dostąpię wiecznej szczęśliwości. (...) więc nie pokłonię się bogom uczynionym ręką ludzką”.5

Tak więc dusza nie zostaje unicestwiona w rezultacie śmierci ciała, lecz oddziela się od niego i oddala do Wieczności. Śmierć bowiem nie jest niczym innym jak początkiem przyszłego, nigdy niekończącego się życia (w innej postaci, w innej formie w innym miejscu).6

Jednakże wiele osób może powiedzieć: „No dobrze, wierzę w życie wieczne, ale gdzie podziewa się dusza ludzka po śmierci? W jaki sposób ona egzystuje w oczekiwaniu powszechnego zmartwychwstania ciał i powtórnego przyjścia Jezusa Chrystusa?”

Nie należy się dziwić takim pytaniom, wszak dotyczą one kwestii najistotniejszej: „Umrę – i co dalej?...”.

Stawianie takich pytań nie jest charakterystyczne wyłącznie dla ludzi żyjących w obecnej dobie, ale zadawano je zawsze. Ciekawość rzeczy przyszłych, tego, co dopiero ma nadejść, nie była obca nawet samym Apostołom, czyli osobom stojącym najbliżej Jezusa. Toteż pytali Go oni między innymi o to kiedy nadejdzie czas końca świata i Jego powrotu na Ziemię w chwale. Mamy te pytania odnotowane na kartach Nowego Testamentu jak choćby między innymi u św. Mateusza:

„A gdy siedział na Górze Oliwnej, podeszli do Niego uczniowie i pytali na osobności: «Powiedz nam, kiedy to nastąpi i jaki będzie znak Twego przyjścia i końca świata?».” (Mt 24, 3 BT)

A więc i Apostołowie i uczniowie byli ciekawi, taką zwyczajną ludzką ciekawością. I chyba jeszcze wówczas – przed dniem Pięćdziesiątnicy – mimo iż byli już świadkami cudu Zmartwychwstania Jezusa, nie końca rozumieli Boski plan zbawienia.

Wszakże co innego zwykła ludzka ciekawość, a co innego przemożna chęć pojęcia przy pomocy swego niedoskonałego rozumu tego wszystkiego, co mgłą tajemnicy osłonił przed nami Stwórca. Dlatego też wszystkie próby przeniknięcia sekretów życia pozagrobowego nieodmiennie wiedzie nas na manowce, ku błędom i zamieszaniu. Niezdrowa ciekawość bowiem nie doprowadzi nas nigdzie indziej, jak tylko wprost w pułapkę zastawioną przez ojca kłamstwa, Szatana i jego demony.7 Tej drogi zatem powinniśmy unikać.

Ale chociaż Pan Bóg zakrył przed naszymi oczami wiele z rzeczywistości życia pozagrobowego, to przecież nie pozostawił nas w zupełnej niewiedzy tego, co dzieje się z duszą, gdy oddzieli się ona od ciała. Teraz zatem postaram się w miarę jasno zaprezentować tę wiedzę o pośmiertnym losie duszy ludzkiej, jaką przekazuje nam Cerkiew Prawosławna.

Zanim jednak przejdę do owej kwestii, muszę wspomnieć, że wielkim świętym czasem uchylano nieco rąbka tajemnicy i odsłaniano nieco z tego, co się dzieje w zaświatach po śmierci człowieka. Dowodem na to może być widzenie, jakiego doświadczył św. Antoni Wielki:

„Pewnego razu prowadził św. Antoni z przybyłymi braćmi rozmowę o stanie duszy po śmierci i o tym, gdzie będzie miejsce ich pobytu.

Najbliższej nocy wzywa go ktoś z góry, wołając: Wstań, wyjdź i popatrz. Św. Antoni wychodzi (albowiem wiedział, Kto mu rozkazywał) i wzniósłszy wzrok, spostrzega jakiegoś olbrzyma, potwornego i strasznego, który głową dotykał obłoków, a obok którego z ziemi wzlatywały jakieś opierzone istoty, z których jednym olbrzym zagradzał drogę, a inne przelatywały przezeń i minąwszy go, bez kłopotów wznosiły się do góry. W ślad za tymi ostatnimi olbrzym zgrzytał zębami, a z pierwszych się cieszył.

I niewidzialny głos rzecze na to: – Antoni! pomnij, coś ujrzał. – Wówczas otworzył się jego umysł i zrozumiał on, że to jest odejście dusz z ziemi, a ten olbrzym jest to odwieczny nasz wróg szatan, który zatrzymuje gnuśnych i poddających się jego podszeptom i wzbrania im iść dalej, a gorliwych i nieposłusznych mu zatrzymać nie może, ci więc przechodzą przez niego, w górę ponad nim. Widzenie owo św. Antoni przyjął jako napomnienie dla siebie i zaczął z jeszcze większą uwagą przykładać się do zmagań w walce ze wszystkim, co wrogie. W tym też celu (...) opowiadał innym o tym widzeniu.

Abba8 Kronios mówi, że św. Antoni pewnego razu opowiadał o tym widzeniu na wielkim zebraniu. Przy tym dodaje, że św. Antoni przed tym widzeniem modlił się cały rok, aby zostało mu ujawnione, co dzieje się z duszami prawych i grzeszników. Zebrani dowiedzieli się od świętego, że olbrzym miał ręce rozpostarte po niebie, a pod nim leżało ogniste jezioro, wielkie jak morze, do którego spadały dusze ludzkie zatrzymane jego ręką”.9

Andrzej Juliusz Sarwa

______________________________________

1.Kościół rzymskokatolicki nazywa go „sądem szczegółowym”, który w przeciwieństwie do sądu częściowego zaraz po śmierci ciała rozstrzyga raz na zawsze o tym, czy dany człowiek został zbawiony, czy też potępiony. 
2.Н. Василидис, Таинство смерти..., s. 375. 
3.Czyli w Księdze Eklezjastesa. 
4.Н. Василидис, Таинство смерти..., s. 376. 
5.Żywoty świętych. Księga pierwsza. Wrzesień, Lublin 1996, s. 99. 
6.Н. Василидис, Таинство смерти..., s. 377. 
7.Tamże, s. 378. 
8.Ojciec. 
9.Żywot i pouczenia Św. Antoniego..., s. 25-26. 

© Andrzej Juliusz Sarwa 2018



Książkę w wersji papierowej można kupić

w Polsce:


za granicą:


Książkę w wersji elektronicznej (epub, mobi) można kupić tutaj:



niedziela, 2 września 2018

Ósmy dzień tygodnia. Rzeczy ostateczne człowieka i świata. Eschatologia Kościoła Wschodniego. (8)

Śmierć nadzieją ludzkości


Choć wszystkim nam śmierć pisana i nikt przed nią nie umknie, ani się nie skryje, to jest w niej też nadzieja. Tak, nadzieja. Nadzieja na sprawiedliwość, jedyną, na jaką na tym świecie natknąć się można, na sprawiedliwość bezwzględną, której nie kupisz ani pieniędzmi, ani stanowiskiem, ani zastraszeniem, ani szantażem. Nie pomogą ci się od niej wymigać ni ministrowie, ni biskupi, ni królowie, ni prezydenci. Bo i oni umrzeć muszą, bo im tenże sam los pisany. 

O śmierci człowieczej tak mówi św. Antoni Wielki: 

„Jak z łona macierzyńskiego wychodzi nagi człowiek, tak ciało opuszcza naga dusza: jedna bywa czysta i jasna, inna zbrukana upadkami, a jeszcze inna czarna od licznych grzechów. Dusza bowiem rozumna i miłująca Boga pamiętając o tym, co ją czeka w życiu pozagrobowym, żyje godnie, ażeby nie zostać skazana i poddana karze. Niewierni natomiast, szaleni na duszy, o tym nie myślą i grzeszą, gardząc tym, co ich oczekuje po śmierci. 

Jak wyszedłszy z łona, nie pamiętasz tego, co było w łonie, tak wyszedłszy z ciała, nie pamiętasz tego, co było w ciele. Pozostają jednak uczynki, za które będziesz wynagrodzony lub osądzony. (...) 

Jak ciało, kiedy w zupełności rozwinie się w łonie, koniecznie musi się urodzić, tak dusza, kiedy osiągnie wyznaczoną przez Boga granicę życia w ciele, koniecznie musi opuścić ciało.”1

I jeszcze naucza św. Ojciec: 

„Śmierć dla ludzi, którzy ją pojmują, jest nieśmiertelnością, a dla niepojmujących ją prostaków pozostaje śmiercią...2” 

Dla chrześcijanina śmierć jest nadzieją – na koniec upokorzeń, na koniec łez, na koniec niesprawiedliwości. Nadzieją na wolność, do której przecież został stworzony, a bez której nie sposób żyć. Dla chrześcijanina śmierć to wyraz miłości Stwórcy do niego, Stwórcy, który wie doskonale, że w doczesności nieśmiertelność byłaby tylko przekleństwem. Przekleństwem dla tych, którzy stoją o szczebel niżej od tych „lepszych” – bogatszych, mądrzejszych, utytułowanych, od tych, którzy sami wykreowali się na panów, nie dostrzegając tego mrowia, tego robactwa sług, którzy jedynie muszą oddać im haracz ze swojej pracy, umysłów, potu, życia.


Jacek Malczewski (1854-1929), Śmierć, źródło: Wikimedia Commons

Dlatego wizje roztaczane przez materialistycznych „naukowców”, którzy nam obiecują doczesną nieśmiertelność, w chrześcijaninie budzić muszą grozę! 

Lecz to zdanie człowieka wierzącego w obietnicę Jezusa, a przecież każdemu wolno myśleć inaczej, czego innego pragnąć i czego innego pożądać. Chrześcijanin wierzy w życie przyszłe, w przyszłym świecie, tak jak ci, którzy od prawieków zakładali cmentarze i otaczali je szacunkiem, traktując jako miejsca święte. 

Naszej duszy wielką radość sprawia myśl, że Bóg miłujący człowieka w Swej bezgranicznej mądrości tak urządził wszystko na świecie, że i śmierć ostatecznie okazuje się dla ludzi błogosławieństwem. 

Już wcześniej doszliśmy do stwierdzenia, że chrześcijanin i wiodący prawe życie nie musi lękać się śmierci, ale w miarę możności powinien oczekiwać na nią z wiarą, że przeniesie go ona do innego życia, nieporównanie lepszego niż obecne, doczesne – do życia wiecznego i szczęśliwego. 

Zgoła inaczej wygląda sprawa śmierci grzeszników. To, iż śmierć dla ludzi żyjących w niezgodzie z Prawem Bożym jest czymś strasznym, z wielką jasnością wyraził natchniony przez Boga Psalmista: 

„Zło sprowadza śmierć na przewrotnego, wrogów sprawiedliwego spotka kara”. (Ps 34 (33), 22 BT) 

Oznacza to, że skon bez żalu, bez skruchy jest straszny, przerażający. I w takim wypadku płakać należy nie dlatego, że ktoś umarł, ale że umarł w grzechach! Bowiem póki żył, miał możność oswobodzić się z grzechów. Póki żył, miał możność wyspowiadać się i odmienić swoje życie. Lecz gdy odszedł w zaświaty, tam już niczego odmienić nie może, zgodnie z tym, co napisane: 

„...bo nikt po śmierci nie wspomni o Tobie...”. (Ps 6, 6 BT) Więc jakże nie płakać po grzeszniku?3

Św. Jan Złotousty o śmierci grzesznika powiada: „Czy nie wiecie jakie wzburzenie w duszy powodują grzechy w dzień śmierci, jakie chmury zasnuwają serce?”4

Bez względu na to, jaką śmiercią kto umarł i w jakim stanie duszy się znajdował w tym momencie, ciału – o czym już wcześniej wspomniano – należy się szacunek i godny pochówek w cmentarnej ziemi, poprzedzony stosownymi obrzędami przepisanymi przez Cerkiew. A później modlitewna pamięć o zmarłym. Albowiem jak powiada świątobliwy starzec Atoski Paisjusz: 

„(...) u Boga nikt nie umiera. Wszyscy są żywi. Bowiem Bóg jest Bogiem żywych, a nie zmarłych. Słyszą więc nasi święci przodkowie nasze prośby i ze zdwojoną siłą odnoszą je do Boga”.5

A oto co na temat prawosławnych obrzędów pogrzebowych napisał Piotr Sławiński: 

O OBRZĘDACH POGRZEBOWYCH. Od samych początków istnienia Chrześcijaństwa, podobnie jak w religii żydowskiej grzebanie ciał zmarłych było obowiązkiem religijnym. „Encyklopedia Kościelna” Ks. bpa Michała Nowodworskiego tak pisze na ten temat: 

„Chrześcijanie w wierze swojej więcej jeszcze znajdowali pobudek do uszanowania zwłok ludzkich. Nieśmiertelność duszy i życie wieczne (...) zmartwychpowstanie, wzniosłe pojęcie o godności człowieka, religijny pogląd na ciało, uważane za piastuna nieśmiertelnej duszy i przybytek Ducha Św., wreszcie dogmat świętych obcowania: to wszystko już od początków zrodziło pobożną pieczołowitość o zmarłych, budzącą tkliwe uczucia, krzewiącą miłość ku wszystkim i utrwalającą z umarłymi związki, jakie nas z nimi za życia łączyły”.6

Ale nim człowiek umarł, zgodnie z zaleceniami Pisma Świętego powinno się go opatrzyć na drogę wiodącą na drugą stronę życia, wiatykiem (jak to określają łacinnicy). 

Konkretnie zaś chodzi o sakrament Ostatniego Namaszczenia. W literaturze prawosławnej tak można czytać na ten temat: „Olejem Św. Namaszczenie (Jeleoswiaszczenije). Sakrament Olejem Św. Namaszczenia nazywa się inaczej Soborowanijem, dlatego że według ustawu cerkiewnego winien on być udzielany przez sobór kapłanów w liczbie siedmiu; lecz Sakrament ten może być udzielany i przez jednego kapłana. W Sakramencie Olejem Św. Namaszczenia, udzielanym osobom poważnie chorym, wzywa się na chorego łaska Boska, uzdrawiająca od chorób duchowych i cielesnych. Przy udzielaniu tego Sakramentu zwykle stawiają na stół płaskie naczynie z pszenicą. Pośrodku umieszczają mniejsze naczynie z olejem, zmieszanym z winem czerwonym, a naokoło tego naczynia stawiają siedem świec i siedem patyczków owiniętych watą. Następnie kapłan modli się o poświęcenie oleju i odczytuje siedem Ewangelii. Po odczytaniu każdej Ewangelii odczytuje modlitwę o uzdrowienie chorego od słabości ducha i ciała i namaszcza go na krzyż Olejem Św. na czole, nozdrzach, policzkach, ustach, piersiach i rękach. Na zakończenie odmawia modlitwę przy odpuszczeniu grzechów, podczas której na głowę chorego kładzie otwartą Ewangelię. 

Sakrament Olejem Św. Namaszczenia można powtarzać w razie nowych poważnych zachorowań”.7

Jeżeli chrześcijanin po sakramencie Jeleoswiaszczenija nie wyzdrowiał, lecz umarł, należy pogrzebać jego ciało. 

„Grzebanie zmarłych należy do jednych z najważniejszych obrzędów chrześcijańskich. Kościół opiekuje się troskliwie wiernym przez całe jego życie. Już pierwsi chrześcijanie troszczyli się o należne oddanie czci swoim zmarłym. Nad zwłokami zmarłych doprawiano modły i modlitwą odprowadzano zmarłych na miejsce ich spoczynku. Na podstawie dawnych obrzędów kanony i stychyry ułożyli św. Jan z Damaszku i św. Teofan Napiętnowany. Pierwsze świadectwo o grzebaniu zmarłych znajdujemy w Księdze Dziejów Apostolskich (8, 2). Początkowo chrześcijańskie obrzędy pogrzebowe były takie same, jak i u Żydów, tzn. tak samo, jak był pogrzebany Chrystus. 

W księdze liturgicznej – Trebniku (jedna z prawosławnych ksiąg liturgicznych – przyp. aut.) – mamy cztery rodzaje rytuału grzebania zmarłych: 

Rytuał grzebania dorosłych wiernych. 
Grzebanie zakonników. 
Grzebanie kapłanów. 
Grzebanie dzieci.8

Wszystkie modlitwy wyrażają głęboką myśl, że istnieje życie pozagrobowe, które dla wiernych stanowi pojednanie z Bogiem. 

(...) Modlitwy za zmarłych są zasyłane do Boga w czasie każdej Liturgii Świętej (...). W czasie proskomidii (proskomidia jest to pierwsza część Liturgii. Oznacza przynoszenie świętych darów, czyli chleba i wina dla dokonania sakramentu Eucharystii. Kwaszony pszenny chleb, używany dla sakramentu Komunii, nazywa się prosforą. (bardzo ogólnie można porównać Proskomidię z łacińskim Ofiarowaniem. – przyp. aut.). Kapłan wyjmuje z piątej prosfory cząsteczki, wspominając zmarłych po imieniu. Przy końcu nabożeństwa cząsteczki te są opuszczane do Krwi Chrystusa z modlitwą, w której jest wyrażone przekonanie, że Krew Chrystusa zmywa grzechy zmarłych. Oprócz tego są specjalne dni przeznaczone dla modłów za zmarłych. Kościół zaleca modlić się za zmarłych na dziewiąty, dwudziesty i czterdziesty dzień po śmierci. (...) Poza tym są szczególne modły, (które – przyp. aut.) odbywają się w rocznice śmierci. Kościół tłumaczy w następujący sposób wyznaczenie dni modłów za zmarłych. Na trzeci dzień wierni zanoszą modlitwę za zmarłego na pamiątkę Zmartwychwstania Chrystusa na trzeci dzień, na dziewiąty – z myślą, aby zmarły był zaliczony do 9 rzędów anielskich i na czterdziesty dzień – za przykładem Żydów, którzy opłakiwali Mojżesza przez czterdzieści dni. 

Oprócz tego Kościół poświęca modłom za zmarłych następujące soboty: 

1. Sobota Mięsopustna (na tydzień przed W. Postem). W Triodionie Postnym znajduje się specjalne nabożeństwo, w którym jest wyrażona myśl, że Bóg przyjmuje do Królestwa Niebieskiego wszystkich, którzy, chociaż w godzinę śmierci wyrazili skruchę. 

2. Soboty W. Postu w drugim, trzecim i czwartym tygodniu. W te soboty jest powtarzane nabożeństwo za zmarłych, umieszczone w Triodionie w sobotę mięsopustną. 

3. Sobota przed Zesłaniem Ducha Świętego. 

4. W dniu Ścięcia Głowy św. Jana Chrzciciela – 29 sierpnia. W tym dniu Kościół nakazuje się modlić za żołnierzy, którzy polegli w obronie Ojczyzny. 

5. Sobota przed dniem 26 października, kiedy Kościół obchodzi pamięć św. Dymitra Sołuńskiego, jest to tzw. Sobota Św. Dymitra. 

Z dawnych czasów w Kościele są używane dyptychy – pamiatniki. Są to książeczki małego formatu. Na początku tej książeczki znajduje się krótkie nabożeństwo – molebien – za żywych; następne strony są przeznaczone dla wpisywania przez wiernych imion swoich bliskich, za których ma się modlić kapłan w czasie nabożeństw. Dalej jest umieszczone nabożeństwo za zmarłych – panichida – oraz czyste kartki dla wpisywania przez wiernych imion zmarłych. W niektórych wydaniach dyptychu są również pouczenia o wielkim pożytku modłów za żywych i zmarłych. Stare dyptychy, znajdujące się przy starych klasztorach stanowią ważny dokument historyczny, który pomaga czasami dla uzupełnienia danych o tych, którzy pracowali przy klasztorach lub przy świątyniach”.9

W Kościołach Prawosławnych są dni, w których szczególnie modli się za zmarłych. Są to na przykład wcześniej wymienione soboty i każde dnie, w których odprawia się Św. Liturgię, podczas której modli się za zmarłych. Ektenia za zmarłych (czyli łaciński odpowiednik litanii, inaczej modlitwy wiernych podczas Liturgii jest znana w Kościołach Słowiańskich, nie zna jej natomiast Cerkiew Grecka. Zamiast niej grecy odprawiają po Liturgii specjalne nabożeństwo za zmarłych zwane Litia).10

Również dniem szczególnie poświęconym modłom za zmarłych jest pierwsza niedziela po Wielkanocy. W ten dzień kapłan święci groby na cmentarzu. 

W tym miejscu należy jeszcze powiedzieć, jak św. Cerkiew Prawosławna odnosi się do grzechu samobójstwa: 

„Za samobójców nie wolno nawet się modlić. Cerkiew nie wspomina ich imion i nie śpiewa za nich, nie zezwala się nawet chować ich na chrześcijańskim cmentarzu, ani ustawiać krzyża na grobie. Przecież samobójca sam zrzucił swój krzyż, odrzucił niesienia jego ciężaru, odrzucił wszelką nadzieję na miłość Bożą, targnięciem się na swoje życie odepchnął człowiekolubną i niewypowiedzianie miłosierną troskę o siebie ze strony Boga (a przecież według słów Samego Chrystusa nawet włos z głowy naszej nie spada bez Bożej wiedzy, tak On troszczy się o każdego człowieka!). (...) Ciało jest świątynią Ducha Świętego i „kto zdeprawuje tę świątynię, tego Bóg praw pozbawi” – według słów Pisma Świętego”.11

Z drugiej jednak strony widzimy osoby, uznane przez Cerkiew za święte, które owo samobójstwo popełniły: 

Na przykład są to św. św. Domna, Prosdoka, Weronika, czy Pelagia. Ta ostatnia: 

Żyła w Antiochii Syryjskiej za panowania cesarza Dioklecjana. Pochodziła ze znamienitego rodu. Gdy zarządca miasta dowiedział się, że Pelagia jest chrześcijanką, wysłał żołnierzy, aby ją pojmali. Pelagia miała wówczas zaledwie piętnaście lat. 

Gdy żołnierze otoczyli dom, w którym mieszkała Pelagia. Dziewica poprosiła ich, aby nieco na nią poczekali. Jak tylko opuścili komnatę, wyciągnęła ręce do góry i wzniosła oczy ku niebu. Zaczęła żarliwie modlić się do Zbawiciela, aby nie pozwolił, by została wydana w ręce oprawców, lecz by mogła stać się dla Niego nieskalaną i czystą ofiarą. Następnie włożyła na siebie najpiękniejsze odzienie, jakie posiadała i rzuciła się z dachu domu, oddając duszę Panu. Miało to miejsce na początku IV wieku, prawdopodobnie w 303 roku”.12

Na zakończenie jeszcze kilka słów o samym pogrzebie. 

Do ciała zmarłego chrześcijanina, na miejsce zgonu, przychodzi kapłan i odmawia kanon officjum przy zejściu duszy. Jeśli osoba jest jeszcze żywa i przytomna, udziela mu Jeleoswiaszczenija i udziela Komunii Świętej. Jeśli jednak już zmarł maże go tylko Olejem i odprawia panichidę, czyli krótkie nabożeństwo żałobne. 

W trzy dni po zgonie powinien odbyć się pogrzeb. (...) 

Zmarłemu do rąk wkłada się krzyż lub ikonę, a ostatecznie zwykły święty obrazek. Ciało zmarłego przynosi się do cerkwi i nad nim są odprawiane egzekwie. Następnie kropi się je święconą wodą. Trumnę ze zmarłym po trzykroć opuszcza się, tak by dotknęła (uderzyła) o próg świątyni. Potem wyprowadza się zwłoki na cmentarz. Celebrans ubrany jest w czarne szaty liturgiczne (jedynie w okresie wielkanocnym w białe). 

Jeżeli chowa się duchownego, trumnę z ciałem oprowadza się trzykrotnie dokoła świątyni, a dopiero potem zanosi się go na cmentarz. 

Zmarłych powinno grzebać się w ziemi, a na mogile można stawiać bądź to prosty drewniany krzyż, bądź też kamienny nagrobek z inskrypcjami. 

Krzyż prawosławny ma następujący wygląd. Są to dwie duże belki złożone pod kątem prostym, z których pozioma jest krótsza od pionowej. Nad poziomą belką jest jeszcze jedna krótsza równoległa do niej belka zwana titulusem. Na niej znajdują się cztery litery: „ІНЦІ”, które oznaczają kolejne wyrazy: „Iisos Nazarejskij Car Judejskij”. U dołu belki pionowej znajduje się ponadto ukośna belka zwana suppedaneum (podnóżek). Jest to jedno ramię z krzyża św. Andrzeja13, patrona Kościoła Wschodniego”.14

* * *

I tak doszliśmy do końca rozważań na temat śmierci: jej przyczyny, jej przekleństwa, jej grozy, jej klęski i jej... nadziei. Nadeszła teraz pora, aby spróbować zajrzeć za zasłonę oddzielająca doczesność od Wieczności i opowiedzieć o pośmiertnych losach człowieka, które biorą początek w chwili zgonu, a ich ostateczny finał nastąpi dopiero w Dniu Zmartwychwstania i Sądu Ostatecznego.

Andrzej Juliusz Sarwa

______________________________________________

1 Żywot i pouczenia Św. Antoniego..., s. 49. 
2 Tamże, s. 54. 
3 Н. Василидис, Таинство смерти..., s. 326. 
4.Свт. Иоанн Златоуст. Толкование на cвятого Maтфея евангелиста. Кн. 2 Беседа 53. Ст. 5. M., 1993. C. 551-552, [w:] Tamże, s. 327. 
5..Atoski starzec Paisjusz..., s. 27. 
6.„Encyklopedja Kościelna” podług teologicznej Encyklopedji Wetzera i Weltego z licznemi jej dopełnieniami, przy współpracownictwie kilkunastu duchownych i świeckich osób. Wydana przez X. Michała Nowodworskiego, Tom XX, Warszawa 1894, s. 125. 
7 Nauka o nabożeństwach..., s. 61. 
8 ТРЄБНИКЪ, Издание Свято-Троице-Сергиевой Лавры, 1992. 
9 M. Lenczewski, Liturgika, Warszawa 1981, cz. I i II, s. 323-324. 
10.Św. Jan Chryzostom, Wybór pism. Modlitwy liturgiczne. Pisma o charakterze wychowawczym, [w:] Pisma Starochrześcijańskich Pisarzy, t. XIII, Warszawa 1974, s. 72. 
11 Sakrament spowiedzi..., s. 33. 
12.Święte niewiasty. Mały leksykon hagiograficzny, Hajnówka 2001, s. 32. 
13.Św. Andrzej Apostoł został umęczony na krzyżu w kształcie litery X. 
14.P. Sławiński, Cmentarz prawosławny w Sandomierzu. Zarys monograficzny, Sandomierz 1998, s. 21-25.

© Andrzej Juliusz Sarwa 2018




Książkę w wersji papierowej można kupić

w Polsce:


za granicą:


Książkę w wersji elektronicznej (epub, mobi) można kupić tutaj:


sobota, 1 września 2018

Ósmy dzień tygodnia. Rzeczy ostateczne człowieka i świata. Eschatologia Kościoła Wschodniego. (7)

Śmierć cielesna


W okresie od upadku Prarodziców aż do męki krzyżowej Pana Jezusa samo słowo śmierć budziło trwogę i przerażenie. Oddzielenie duszy od ciała oznaczało bowiem nie tylko śmierć, ale także i szeol (otchłań), który budził lęk, a dokąd udawali się ludzie po śmierci: 

„Szeol rozszerzył swą gardziel, rozwarł swą paszczę nadmiernie; wpada doń tłum miasta wspaniały i wyjący z uciechy. Poniżony będzie śmiertelnik, upokorzony człowiek, a oczy dumnych będą spuszczone”. (Iz 5, 14-15 BT) 

albo: 

„...wielkie było dla mnie twoje miłosierdzie i życie moje wyrwałeś z Szeolu”. (Ps 86 (85), 13 BT) 

A śmierci i szeolu bali się nie tylko grzesznicy, ale także ludzie święci, ponieważ oznaczało to, przejście w stan gdzie nie panowała radość, a wyłącznie oczekiwanie na zmianę losu, która miała nastąpić nie wiadomo kiedy.


Frans Francken (1581-1642), Król i Śmierć przygrywająca na skrzypcach, źródło: Wikimedia Commons

Tak to wyglądało do przyjścia Chrystusa, lecz po Wcieleniu Boga, Jego Męce Krzyżowej, zejściu do szeolu1, Zmartwychwstaniu i Wniebowstąpieniu, wraz ze śmiercią Jezusa, śmierć została definitywnie pokonana2, a jej oścień złamany. Od tej chwili śmierć przestała już być czymś ostatecznym, a stała się jakby snem. Chociaż nadal nie przestaje budzić lęku, jako coś ostatecznego w doczesności. Św. Andrzej z Krety tak mówi na ów temat: 

„Przybliża się koniec, duszo, przybliża, a Ty nic nie czynisz, nie przygotowujesz się. Czas skraca się, powstań, Sędzia jest już blisko, u drzwi, czas życia przemija jak sen, jak kwiat, przeto dlaczego na próżno szamotamy się?”3

Żyjący zaś na przełomie IV i V wieku św. Teofil Aleksandryjski tak powiada: 

„Jakiż strach, jakie drżenie nas ogarnie, w jak trudnej znajdziemy się sytuacji i położeniu, kiedy dusza odejdzie od ciała! Wystąpi bowiem przeciw nam potężna armia nieprzyjacielskich mocy, książęta ciemności, źli władcy tego świata, złe duchy – przeciwnicy Boga. I jak na sądzie staną przeciwko duszy, oskarżając ją o wszystkie grzechy, które popełniła świadomie czy nieświadomie, od młodości aż do wieku, w którym została zabrana. (...) Będą też stały moce świętych Aniołów naprzeciw nieprzyjacielskich i będą przedstawiały jej dobre uczynki”.4

Tak więc, dzięki niezmierzonej miłości Bożej przychodzimy z niebytu do istnienia i wznosimy się ku wieczności. Lecz aby ją osiągnąć (doświadczyć) najpierw musimy przejść przez śmierć cielesną, która nie jest już śmiercią wieczną, ale której i tak wszyscy się lękamy. Jest to jedyna droga wiodąca do wieczności. „Droga śmierci” jest jedna dla wszystkich ludzi, a innej nie ma. Śmierć cielesna to jedyny most, którego nie sposób obejść, albo ominąć, a który nas prowadzi do życia pozagrobowego. Ale prócz tego śmierć cielesna to nie tylko powszechna konieczność i powszechny kres, to nie tylko kielich, który każdy z nas musi wychylić, lecz także „Boży miecz” nieoszczędzający nikogo. Bo rzeczywiście – nie omija on ni króla, ni arcykapłana, ni młodzieńca, ni kogoś o zadziwiającej urodzie. Śmierć nie zważa na dziecko, na łzy wylane w rozpaczy, nie lęka się wodza, nie daje się przekupić pieniędzmi, nie ma względu na osobę, ani na dostojeństwo czy urząd, lecz jednako traktuje wszystkich.5

Dlaczego zatem nie znamy czasu swojej śmierci? 

Temu, kto zadaje owo pytanie, dlaczego Pan Bóg zawczasu nie obwieszcza ludziom chwili, w których przyjdzie rozstawać się z doczesnością, możemy odpowiedzieć słowami Psalmisty: 

„Twoja sprawiedliwość – jak najwyższe góry; Twoje wyroki – jak Wielka Otchłań...”. (Ps 36 (35), 7 BT) 

Tak, plany i mądre działania Boże są niezbadane niczym morskie głębiny. Można wszakże stwierdzić, iż Bóg zataja przed nami naszą przyszłość i nie oznajmia nam czasu naszej śmierci, między innymi z powodu miłości, jaką ku nam żywi.6

Poza tym Pan Bóg daje nam czas na to, abyśmy nawróciwszy się, powrócili do Niego, zaskarbiając sobie tym samym życie wieczne. 

Niektórzy ludzie powiadają: „O, gdybym znał czas mojej śmierci, dołożyłbym wszelkich starań, aby stanąć godnym przed Tronem Bożym, ale tak?...”. Nierozumne to słowa, bo i cóż za zasługę miałby człowiek, gdyby zaczynał żyć w zgodzie z Bogiem dopiero wtedy, gdyby już miał pewność, że właśnie jego życie dobiegło kresu? I jakąż wartość miałyby wtedy jego dobre czyny – niespełniane przecież dobrowolnie, lecz niejako wymuszone sytuacją? Wszak w swym postępowaniu nie kierowałby się miłością, lecz strachem! I jakąż to motywację mieliby ludzie do ustawicznego czynienia dobra, gdyby z góry znali datę swej śmierci?7

Święty Nikodem radzi nam pamiętać, że „...śmierć to nieoczekiwany złodziej, o którym nie wiemy, kiedy przyjdzie. Może się on zjawić w tym dniu, w tej godzinie, w tej minucie. Fakt, że wspaniale czułeś się z rana, nie znaczy, że musisz ujrzeć wieczór, a kto doczeka wieczora, nie koniecznie musi dożyć poranka... Tak więc wyciągnij z tego wniosek, mój bracie, i sam sobie powiedz «Jeśli mnie czeka umieranie, a śmierć niespodziana jest możliwa, co może się stać ze mną nieszczęsnym? Jeśli nawet doświadczę wszelkich rozkoszy światowych, to jaką wówczas korzyść odniosę? Bo cóż otrzymam w zamian za grzech? Co będzie ze mną, jeżeli zło czynić będę? Idą za mną Szatan i złe żądze idą, ale ja nie chcę im być posłusznym, aby się w grzechu nie pogrążyć.»8

Zatem nie znając daty śmierci, możemy żyć przede wszystkim w taki sposób, że dobro wybieramy dla dobra, miłość dla miłości, że decydujemy się na życie w zgodzie z ewangelią dla jej wartości. I dopiero wtedy mamy możność przeżywać każdy dzień w przyjaźni z Bogiem i ze spokojnym sumieniem.. I w taki tylko sposób możemy osiągnąć zasługę i stanąć z naręczem dobrych uczynków na Strasznym Sądzie Chrystusowym. 

Jest rzeczą oczywistą, że śmierć w każdym człowieku budzi lęk, a lęk ów budzi cierpienie. Ten strach odziedziczyliśmy po Prarodzicach, którzy złamali zakaz Boży, dlatego i nasz strach, jako część dziedzictwa wynikającego z grzechu pierworodnego jest w tym kontekście całkowicie zrozumiały.9


Joseph Wright of Derby (1734-1797), Stary człowiek i Śmierć, źródło: Wikimedia Commons

Lecz przecież chrześcijanin jest świadom tego, że aby osiągnąć życie wieczne, wpierw musi przekroczyć ową bramę, wiodącą go ku nieśmiertelności – paradoksalnie, ową bramą prowadzącą do wiecznego życia, jest właśnie śmierć fizycznego ciała. 

Niemniej ludzie – choć zdają sobie z tego sprawę – śmierci się jednak lękają. A przyczyn owego lęku jest kilka. 

Często lęk przed śmiercią zasiewa w ludzkich sercach największy wróg człowieka – Szatan. Ten chytry nieprzyjaciel chce w nas bowiem wzbudzić panikę, po to, aby zachwiać naszą wiarę w szczęście i miłość Boga do człowieka, po to, by zrealizować swój cel i sprowadziwszy nas z drogi Bożej, ostatecznie zawładnąć naszą duszą.10

Wielokroć nasz strach przed śmiercią wynika ze słabości naszej wiary.11 Materializm, jaki ma dziś władzę – zda się nieskrępowaną – nad duszami ludzkimi sprawia, że śmierć jest strasznym wydarzeniem dla tego, kto dobra upatruje w tym, co posiada, co mu się udało zgromadzić za życia. Toteż gdy nadchodzi kres takiego człowieka, ciężko mu się rozstać z majątkiem i lęka się umierać, ba! on buntuje się przeciw konieczności umierania! Lecz jeśli ktoś żyje z Bogiem i w Bogu, wie, że właśnie Boga po śmierci osiągnie! Czyja wiara jest jednak słaba, ten nie ma pewności, co mu się przydarzy, co z nim będzie, gdy już wyda ostatnie tchnienie. 

Inną z przyczyn lęku przed śmiercią jest przesada w ocenie wartości doczesnego życia. Czy może raczej jego znaczenia w wymiarze ponadczasowym. Faktem jest, iż życie to dar Boga i dlatego winniśmy szanować go i kochać, nie zapominając wszakże, że po upadku Prarodziców w Raju rodzaj ludzki począł przypisywać życiu daleko większą wartość, niż ono rzeczywiście posiada. Święty Atanazy Wielki powiada, że wraz z grzechem Prarodziców namiętność pragnień wtargnęła do naszych dusz i owładnęła nimi, my zaś poczęliśmy się do tego stopnia tym rozkoszować, że lękamy się je utracić. W rezultacie dusza „boi się śmierci i oddzielenia od ciała”.12

Jeszcze inna z przyczyn, dla których człowiek drży przed śmiercią, leży w tym, że obawia się on o swój przyszły los, o los, jaki czeka grzesznika. Święty Jan Złotousty ujął to bardzo celnie: „Gdyby naszymi duszami owładnął lęk przed piekłem, nie mógłby nami owładnąć strach przed śmiercią. To tak jak z chorobami, które dotykają ciało – poważniejsza, groźniejsza niejako przytłumia dolegliwości powodowane przez tę mniej groźną” 13

Boimy się śmierci także wówczas, gdy nie owładnęło naszymi sercami nienasycone pragnienie Królestwa Niebieskiego, nie przeniknęła nas miłość Królestwa i nie rozpłomieniło nas pożądanie przyszłego szczęścia.14

Lękamy się śmierci także i dlatego, iż nader powierzchownie oceniamy rzeczy i nie zagłębiamy się, czym takim w istocie jest śmierć. Bardzo ważne będzie zwrócenie w tym miejscu uwagi na słowa św. Jana Chryzostoma15, że śmierć to nic innego jak zmiana... przyodziewku! Dusza bowiem przyobleczona jest w ciało, tak jak ciało przyobleczone jest w odzienie. Ale odzienie owo zdejmujemy z siebie, układając się do snu, podobnie i śmierć zdejmuje z nas odzienie ciała na pewien czas, abyśmy po zmartwychwstaniu na nowo mogli je przyoblec, tyle że już „odświętne”, jakościowo inne, bo chwalebne! Śmierć to nic innego jak coś, co może przypominać sen. Jeśli zatem lękasz się śmierci, to i snu powinieneś się lękać.16

Wreszcie strach przed śmiercią spowodowany jest także obojętnością względem grzechu, lekceważeniem wagi grzechu, brakiem oporu przeciw niemu i brakiem przeciwstawiania się mu. Boimy się śmierci, nie prowadząc surowego życia, jakie przystoi chrześcijaninowi, pokochaliśmy bowiem je delikatne, rozkoszne, beztroskie i bezpieczne. Natomiast życie prawdziwie chrześcijańskie to najskuteczniejszy środek chroniący nas od strachu przed śmiercią. Jeżeli zatem chrześcijanin każdego dnia niesie swój krzyż, z cierpliwością prowadząc walkę ze złem i grzechem, to śmierć mu nie jest straszna! Gdy jednak grzechu się nie lęka, wtedy jego dusza drży w oczekiwaniu końca doczesnej wędrówki.17

Śmierć to wrota do wieczności i jeżeli tę prawdę stale będziemy mieć w pamięci, to przezwyciężymy strach przed śmiercią, a nawet – może i śmierci pragnąc? Pamiętając, że jeśli będziemy żyli, zgodnie z Prawem Bożym, owe „wrota do Wieczności” wpuszczą nas do świata światła, ciepła i miłości, nie zaś do świata ciemności, smrodu i nienawiści. 

„Ale – można zadać pytanie – jak po ludzku rzecz biorąc, nie zapłakać, gdy spotkamy śmierć na naszej drodze? Gdy spojrzymy na śmierć bliskich, czasem na taką, która wyda się nam zgoła bezsensowną? Jakże więc, pytamy, nie zapłakać? Ale czy się nam, chrześcijanom, godzi to czynić?” 

Tak, bo i samo Słowo Boże do tego zachęca, choć nie zachęca do przesady w płaczu, ale raczej do umiaru: 


„Synu, wylewaj łzy nad zmarłym 
i jako bardzo cierpiący zacznij lament, 
według tego, co mu przystoi, pochowaj ciało 
i nie lekceważ jego pogrzebu! 
Płacz gorzko i z przejęciem uderzaj się w piersi, 
zarządź żałobę odpowiednio do jego godności, 
dzień jeden lub dwa, dla uniknięcia potwarzy, 
potem już daj się pocieszyć w smutku! 
Ze smutku bowiem śmierć następuje: 
smutek serca łamie siłę. 
Tylko do chwili pogrzebu niechaj trwa smutek, 
bo życie udręczone przekleństwem dla serca. 
Nie oddawaj smutkowi swego serca, 
odsuń go, pomnąc na swój koniec. 
Nie zapominaj, że nie ma on powrotu, 
tamtemu nie pomożesz, a sobie zaszkodzisz. 
«Pamiętaj o moim losie, który będzie też twoim: 
mnie wczoraj, tobie dzisiaj». 
Gdy spoczął zmarły, niech spocznie i pamięć o nim, 
pociesz się po nim, skoro już wyszedł duch jego”. 

(Syr 38, 16-23 BT)

Podobnie poucza nas Św. Jan Złotousty: „I ja tego [płaczu] nie zabraniam”, bowiem „nie jestem zwierzęciem, anim ludzkich uczuć niepozbawiony”. Śmierć bliskiej osoby nie może nie wzbudzić w człowieku żalu. I to, że płacze się nad zmarłym nie jest niczym niestosownym, wszak sam Zbawiciel dał nam przykład, gdy zapłakał nad śmiercią Łazarza. Tak więc i ty w taki sam sposób postępuj: płacz, ale cicho, płacz, ale właściwie, płacz, ale ze strachem Bożym”.18

Jeśli w taki sposób płaczesz, nie będzie owo oznaczać, że nie wierzysz w zmartwychwstanie, ale jesteś zwyczajnie, po ludzku smutny, niezałamany i zrozpaczony, to tylko rozłąka z bliskim sprawia ci ból. Więc płacz tak, jakbyś żegnał się z kimś, kto wyjeżdża do dalekiego kraju.19

Każdy chrześcijanin może zatem spotkać się ze śmiercią bez lęku, będąc wdzięczny za prawdę o niej odkrytą nam przez Boga-Człowieka, prawdę o zwycięstwie nad śmiercią i wszelkim Złem, z którego ona wzięła początek.20

Sądzę, że należy zaznaczyć jeszcze jedno, jeszcze jedną ważną rzecz, to mianowicie, iż ciału ludzkiemu, nawet po jego rozłączeniu z duszą, należy się szacunek. To prawda, że trup to tylko bryła materii, którą stoczy robactwo i zgnilizna i „w proch się obróci”, ale za życia było ono przecież „świątynią Ducha Świętego”, i po Powtórnym Przyjściu Chrystusa z tegoż prochu podźwignie się odnowione. 

Tę prawdę powinny uświadamiać nam cmentarze, będące dla pokoleń miejscami uświęconymi, miejscami, gdzie należało zachowywać się godnie, okazując szacunek tym, którzy żyli przed nami i odpoczywają, oczekując Dnia Zmartwychwstania. 

Mijając cmentarz, nie spoglądajmy nań z lękiem, ani tym bardziej z odrazą, wszak nadejdzie chwila, że i dla nas stanie się on domem... 

Andrzej Juliusz Sarwa
__________________________________

1Otchłani, piekła, czy też po gr. hadesu.
2Jak modli się Cerkiew: „śmiercią śmierć zwyciężył”.
3Święty Andrzej z Krety, Wielki Kanon Pokutny, Hajnówka 2000, s. 15.
4Gabriel (Krańczuk), Praktyczno-moralne zasady Prawosławia, Hajnówka, brak roku wydania, s. 45.
5Свт. Иоанн Златоуст, О терпении и о том, что не следует горько оплакивать умерших // ПСТ. Т. 9 Кн. 2 CПб., 1903. C. 925 [w:] Н. Василидис, Таинство смерти..., s. 221.
6Н. Василидис, Таинство смерти..., s. 224.
7Tamże, s. 225.
8Νικοδημον Άγιορείτου. Έξομολογητάριον. Βενετια, 1855. Σ. 216, [w:] Tamże, s. 231.
9Tamże, s. 232.
10Tamże, s. 233.
11Tamże, s. 233.
12Свт. Афанасий Великий. Слово на язычников, 1-e // Творения. M., 1851. Ч. 1 C. 9, [w:] Tamże, s. 234.
13Свт. Иоанн Златоуст. Беседы o cтатуях. Беседa 5. Cт. 3 // ПСТ. T. 2. Кн. 1 § 73. C. 74. [w:] Tamże, s. 235.
14Tamże, s. 235.
15Czyli św. Jana Złotoustego.
16Н. Василидис, Таинство смерти..., s. 236.
17Tamże, s. 237.
18Свт. Иоанн Златоуст. Беседы на Евангелие cв. Ап. Иоаннa Богослова. Беседa 52. Cт. 4 // ПСТ. Кн. 1 § 347-348. C. 419. [w:] Tamże, s. 241.
19Tamże, s. 241.
20Porównanie wyznań. Rzymsko-katolickiego, prawosławnego, ewangelicko-augsburskiego, ewangelicko-reformowanego, Warszawa 1988, s. 125.



© Andrzej Juliusz Sarwa 2018




Książkę w wersji papierowej można kupić


w Polsce:



za granicą:



Książkę w wersji elektronicznej (epub, mobi) można kupić tutaj:

LEGENDY SANDOMIERSKIE (15) - Pan Jezus Miłosierny

Pan Jezus Miłosierny



Teraz chciałem powiedzieć o figurce Pana Jezusa Miłosiernego z kościoła św. Ducha w Sandomierzu.

Świątynia owa, wraz ze szpitalem pod tym samym wezwaniem, została wzniesiona w XIII wieku z fundacji kasztelana krakowskiego Żegoty, osadzono przy niej kanoników regularnych de Saxia, zwanych duchakami, aby mieli pieczę nad chorymi, sierotami i starcami, nie mającymi się gdzie podziać.

W kościele św. Ducha, w kaplicy znajdującej się od strony południowej, w pięknym drewnianym ołtarzu umieszczona jest niewielka figurka Pana Jezusa Frasobliwego, w Sandomierzu zwanego Miłosiernym, siedzącego z głową wspartą na ręku.


Pan Jezus Miłosierny w kościele Św. Ducha w Sandomierzu

Ile wieków sobie ten gotycki wizerunek liczy – nie wiadomo. Jest jednak bardzo stary, o – najprawdopodobniej – wczesnośredniowiecznej metryce.

Przekazy ustne głoszą, iż figurka owa znajdowała się w kaplicy zamkowej (a może nawet w kościele grodowym św. Mikołaja?) i że często odprawiał przed nią Mszę prepozyt kolegiaty sandomierskiej bł. Wincenty Kadłubek, kronikarz, późniejszy biskup krakowski i cysters jędrzejowski.

Te same przekazy głoszą jeszcze, że później figurka należała do bł. Kingi, najpierw księżnej sandomierskiej, a potem i krakowskiej, żony Bolesława Wstydliwego, a na ostatku sądeckiej mniszki-klaryski.

Z wizerunkiem tym związane są dwa niezwykłe zdarzenia. Oto, gdy w roku 1260 na Sandomierz napadli Tatarzy, niszcząc miasto oraz gród i mordując mieszkańców, Pan Jezus Miłosierny bynajmniej nie ucierpiał podczas pożaru zamku, ponieważ w jakiś niewyjaśniony sposób został zeń usunięty i umieszczony w bezpiecznym miejscu, to znaczy pośród zarośli na brzegu wiślanym. Odnaleziony został przez przypadek, gdy pewien ślepiec, udając się do Sandomierza potknął się o niego i w tym samym momencie odzyskał wzrok. To właśnie ów człek podniósł go ze czcią i zaniósł do kościoła św. Ducha, gdzie aż po dziś dzień się znajduje.

Był to pierwszy cud zdziałany w obecności tego wizerunku przez Boga. Skoro się wieść rozeszła o owym zdarzeniu, lud pobożny jął zewsząd ściągać do Sandomierza, upraszać łask rozmaitych, z ufnością powierzając się miłosierdziu Bożemu.

Sława sandomierskiego Pana Jezusa Miłosiernego rozeszła się po całej Małopolsce.

Cudowna figurka raz jeszcze ocalała z pożogi w zupełnie niewytłumaczalny sposób. Oto bowiem, gdy w roku 1762 podczas pożaru Sandomierza spłonął również i kościół św. Ducha, nie wiadomo w jaki sposób wizerunek łaskami słynący dostał się na jedno z drzew szpitalnego ogrodu, gdzie pozostał aż do całkowitej odbudowy zniszczonej świątyni.

Mimo poszukiwań nie znalazł się nikt, kto by się przyznał do wyniesienia figurki z płonącego kościoła i umieszczenia jej w tak dziwnym miejscu.


© Andrzej Juliusz Sarwa 2018


Książkę w wersji papierowej można kupić tutaj:


Książkę w wersji elektronicznej (epub, mobi) można kupić tutaj: