Andrzej Juliusz Sarwa
Tajemnica rodu Semberków (5)
Czucie
i świadomość wracały powoli. Oto zdało mi się, iż niesiony na
łagodnej fali, przypływałem skądś z daleka. Wszakże przyjemne
odczucie nie trwało długo. Ostry, świdrujący ból przeszył mnie
od stóp do głów, sprawiając, iż wydałem cichy jęk.
Z
trudem uniosłem powieki pozlepiane na poły zaschłą krwią. Nie
czułem twarzy, tylko ból. Straszny, nieopisany do zniesienia ból.
Usiłowałem się poruszyć, lecz przyprawiało mnie to o jeszcze
dotkliwsze cierpienia. Zaciskając zęby, aby nie wyć niczym
skatowany pies, jak dalece mogłem, uniosłem głowę ku górze.
Z
miejsca, w którym leżałem, udało mi się wzrokiem ogarnąć całą
pieczarę. Była pusta. Znikły zarówno koszmarne karły, jak i ich
władca – Bafomet. Na środku pomieszczenia dogasało ognisko,
zapewne od dłuższego już czasu niepodsycane przez nikogo. Po na
wpół zwęglonych gałęziach pełgały jednak nikłe płomyczki, a
i przeświecający przez gromadzoną na nim warstewkę popiołu żar,
dawały nieco blasku.
Usiłowałem
poruszyć nogami, lecz po przecięciu ścięgien były zupełnie
bezwładne. Usiłowałem poruszyć rękoma i ze zdumieniem, alei z
ogromną radością stwierdziłem, iż są wolne. To widać Bafomet
w krwiożerczym szale, bezwiednie zerwał krępujące mnie więzy.
Delikatnie, końcami palców dotknąłem tej strony twarzy, w której
pulsował przeraźliwy ból. Pod opuszkami nie wyczułem ni skóry,
ni mięśni. Dotykałem... nagiej kości. Odgryziony nos zwisał na
skrawku skóry i teraz gdy go ująłem palcem wskazującym i
kciukiem, po prostu odpadł.
Wodziłem
dłońmi po całym swym ciele, z przerażeniem stwierdzając, że
potwór wyjadł również moje piersi. Namacałem nagie żebra.
Chryste! Na wpół pozbawiony ciała, a jeszcze żyłem! Przecież
żyłem! Czyż nie był to znak dany mi z nieba? Wskazówka, rada,
aby próbować – o ile leżało to w mojej mocy – ocalić się?
Łudziłem
się takimi myślami. Lecz czyż nasze życie nie na złudzeniach się
właśnie opiera? I czyż nie chciałem się ich wyzbyć nawet teraz,
nawet w godzinie śmierci, której nadejście zdawało się być już
tak bliskie... Tak bliskie...
Zapragnąłem
tylko jednego. I prócz tego nic więcej nie liczyło się dla mnie.
Nie chciałem zdychać tu, w tym podziemiu przesyconym oparami
piekieł, z którego ścian, z którego szczelin, z plątaniny
korytarzy zdawało się wprost emanować ZŁO.
Usiłowałem
z pleców przekręcić się na brzuch, chociaż sprawiło mi to
niewypowiedzialne wprost cierpienie. To, co nie stanowiło
najmniejszego choćby problemu dla małego nieporadnego dziecka,
zdawało się zupełnie przerastać moje możliwości. Chociaż z
całej mocy zaciskałem zęby, ażeby zapanować nad bólem, jego
siła przerastała siłę mojej woli. Jęczałem, jednostajnie,
monotonnie, cicho. Napinałem mięśnie rąk i raz, i drugi,i
trzeci. I w bezsilnej rozpaczy wciąż osuwałem się na plecy. Aż
oto... Ach! Udało się, udało!
Leżałem
na brzuchu. Ostre odłamki kamienia, żwir i piasek wpijały się w
moje biedne, zmaltretowane poranione ciało, sprawiając dodatkową
męczarnię. Leżałem, przezwyciężając w sobie ból i ciężko
łapiąc oddech, co przychodziło mi z trudem. A później, później
począłem pełznąć, niczym robak, któremu rozdeptano odwłok,
pełznąć powoli, zatrzymując się co chwilę, wszakże z
determinacją i uporem.
„Byle
nie zdechnąć w tej jamie... byle tu nie zdechnąć...”
Ta
jedna myśl owładnęła mną bez reszty. Zatrzymałem się w swojej
wędrówce, myśląc o tym, czy będzie mi dane osiągnąć już ten
ostatni cel w życiu? Nasycić płuca świeżym, czystym powietrzem,
usłyszeć szmer liści poruszanych łagodnym podmuchem wietrzyku,
uradować oczy barwami kwiatów i słonecznym blaskiem. Czy dane mi
będzie to wszystko?... Czy wpierw nie wycieknie ze mnie ostatnia
kropla krwi, wsiąkając w piasek jaskini?
Nie
przypuszczałem, że wola człowiecza jest aż tak potężna. Nie
przeczuwałem, iż ja sam będę w stanie dokonywać czegoś, co –
zda się – nie jest zgoła możliwe do dokonania.
Począłem
pełznąć na nowo.
Wylot
pieczary zbliżał się coraz bardziej... Coraz bardziej... Jeszcze
jedno podciągnięcie się na rękach, jeszcze jeden przeszywający
ciało ból... Jeszcze... Jeszcze... Jeszcze...
Wreszcie
wysunąłem głowę na zewnątrz, chociaż zewłok wciąż bezwładnie
spoczywał w jaskini. Chłodne powietrze owionęło mnie, ukoiło
palący ból.
Napinając
mięśnie rąk do granicy wytrzymałości, podźwignąłem się nieco
ku górze i wysunąłem na dwór. Wejście do jaskini znajdowało się
mniej więcej w połowie dość stromego, skalistego zbocza.
Straciłem równowagę i z całym impetem bezwładnego ciała runąłem
w dół, odbijając się od mniejszych i większych kamieni.
I
wtedy przestałem być człowiekiem. Byłem bólem. Tylko bólem i
niczym prócz bólu. Nie poczułem nic, gdy martwo ległem u podnóża
wzniesienia. Nie wiedziałem też, jak długo leżałem pozbawiony
przytomności. Gdy zaczęła ona wracać, pierwsze co dotarło do
mojej świadomości – to był ostry, głośny krzyk jakiegoś
nocnego ptaka. A później, później schwyciło mnie w swoje objęcia
dojmujące zimno, aby prawie natychmiast przerodzić się w gorączkę
trudną do zniesienia.
Trawiła
mnie zatem potworna gorączka, wstrząsały dreszcze, nad którymi
nie mogłem w żaden sposób zapanować. Żyłem. Ciągle żyłem.
Lecz jak długo jeszcze? Czyż nie lepsza byłaby śmierć?
Dobrotliwa i litościwa? Ta, która ucisza wszystkie lęki, ból.
Uwalnia od cielesnych i duchowych katuszy? Wszakże śmierć nie
chciała nadejść. Dlaczego? Czyżbym miał jeszcze jakieś zadanie
do spełnienia? Ja, lichy, na wpół zmiażdżony robak? Ja, który
samemu sobie nie umiałem pomóc? Ja, ukarany straszliwie za chęć
stania się czymś więcej niż byłem, niż Bóg mi przeznaczył.
Czy potrzeba było aż takiej męki, by móc pojąć, do końca
zrozumieć, że człowiek jest sam w sobie wielki, jest kimś ważnym,
czymś niepowtarzalnym w całej niezmierzonej przestrzeni Kosmosu?
Jego bieg za czymś lub za kimś co mu się wydaje barwniejsze,
ciekawsze, ważniejsze od tego, do czego został powołany, to nic
innego tylko pęd za mrzonką, ułudą i cieniem?
Leżałem
na wznak, szeroko rozwartymi oczyma wpatrując się w
ciemnogranatowe niebo usiane miriadami gwiazd – złotawych
punkcików. Skądś, z niezbyt daleka, moich uszu dobiegł cichy
bulgot i szmer wody przelewającej się po kamieniach. Gdybyż udało
mi się dotrzeć do strugi, ugasić ogień pragnienia, spalający
wnętrzności na popiół. Gdybyż udało mi się zanurzyć obolałe,
zmaltretowane ciało w zimnym nurcie, aby ów wypłukał zeń
gorączkę. Wtedy już mógłbym umierać.
I
znów jąłem pełznąć, kierując się słuchem, ku życiodajnej
wodzie, spływającej w dół ku niezmierzonemu oceanowi. Poszum
narastał, potężniał. A zatem czołgałem się w dobrą stronę.
Skończyła się pustynna połać usiana gęsto ostrymi odłamkami
skały. Jęły pojawiać się mniej lub silniej rozrośnięte kępy
traw, krzewów i paproci. Wreszcie dobrnąłem do brzegu strumienia.
Brzeg był płaski, zatem nie miałem poważniejszych trudności, by
dotrzeć do wody.
Zanurzyłem
w niej twarz i natychmiast poczułem ulgę. Ból, choć nie zniknął,
to przecież zmalał, stępiał, złagodniał. Piłem lodowato zimny
płyn długimi łykami. Wciągałem wodę haust po hauście, aż zęby
zdrętwiały mi zupełnie i w gardle utraciłem czucie. Później
zaś, przeturlałem się, układając równolegle do linii brzegowej
strumienia i jednym, zdecydowanym odepchnięciem się rąk,
stoczyłem do wody. Jakże to było cudowne wrażenie, gdy trawione
żarem, pokaleczone, porwane na strzępy ciało, poczuło pieszczotę
strugi, która omywała je swym nurtem. Unosiła ona kędyś hen, ku
odległemu oceanowi całą udrękę. Święta, błogosławiona woda!
*
* *
Niewielki
handlowy statek należący do wymierającej już bezpowrotnie
generacji żaglowców, który krążył pośród atoli i
wulkanicznych południowych wysepek, zabierając od Polinezyjczyków
koprę, a w zamian dostarczając im rozmaitych towarów, dostawszy
się bodaj w samo oko cyklonu, przez całą poprzednią noc pędził
kędyś w nieznane.
Żywioły
szalały, jakby to nie natura, lecz demony zniszczenia nim kierowały.
Nikt spośród załogi nie wierzył, że uda im się ujść z życiem
z opresji, chociaż przecież wielu starych wilków morskich
doświadczyło w swoim życiu nie jednego spotkania ze sztormem.
Gdy
nad ranem burza ucichła, a toń morska wygładziła się i
uspokoiła, kapitan począł obliczać pozycję swego stateczku. Był
wściekły, iż wichura zagnała ich w oddalony od uczęszczanych
szlaków zakątek, skąd do najbliższego lądu były tysiące i
tysiące mil.
Czekała
ich zatem podróż trudna i uciążliwa, nie posiadali bowiem ani
wody, ani żywności. Dowódca ponury i załamany, nie przejawiał
chęci do dzielenia się swymi obawami z resztą załogi. Myślał
przecież, że jeśli nie cud, to przecie nic innego nie będzie w
stanie ich uratować.
Otrząsnął
się na myśl o straszliwych męczarniach głodu i pragnienia, o
potwornym bólu konania, gdy opuchły język nie może już pomieścić
się w ustach, a z popękanych warg sączy się krew. Naraz, zgoła
nieoczekiwanie, jego uszu doleciał głos:
– Ziemia!
Tam na horyzoncie! Ziemia!
Pierwszą
myślą kapitana było:
„Czyżbym
popełnił błąd w obliczeniach?”
Nie
czas i pora po temu jednak były, aby roztrząsać tej podobne
kwestie. Wydawszy więc odpowiednie rozkazy i skierowawszy statek ku
dostrzeżonemu lądowi, dopiero zszedł do swej kajuty i raz jeszcze
przejrzał dokładnie swoje obliczenia. Nie pomylił się! Nie! Nie
ulegało żadnej wątpliwości. W tej części oceanu, w której się
znajdowali, nie mogła istnieć żadna wyspa.
„A
może natrafiłem na nie odkryty do tej pory ląd?” – skiełkowała
myśl w jego głowie, myśl, która go podnieciła. „Gdyby tak było
w rzeczywistości, zyskałby sławę, a dzięki niej pośrednio
również i nieśmiertelność!”
Tak
czy owak, nie było czasu na takie rozważanie i oddawanie się
marzeniom. Wyszedł na pokład i jął wpatrywać przy pomocy lunety
w ląd,a właściwie skrawek lądu – ku któremu się zbliżali.
Nie ulegało wątpliwości, że była to wysepka, niewielka, ale na
szczęście nie jałowa i pustynna. Nie sama martwa lawa zastygła
ponad powierzchnią fal po wybuchu podwodnego wulkanu, jak się
obawiał, lecz okruch ziemi bujnie porośnięty roślinnością.
Zapewne znajdą tam i wodę, i żywność.
Nie
było łatwo przybić do brzegu wysepki i zanim znaleziono miejsce
dogodne do wylądowania, musiano opłynąć ją całą dookoła.
Wreszcie rzucono kotwicę i poczęto spuszczać szalupy, w których
sadowiło się po dwu-trzech marynarzy wraz z pustymi beczułkami na
wodę.
Dzioby
szalup zaryły się w piach plaży. Baryłki wytoczono na ląd.
Znalezienie strumienia słodkiej wody nie nastręczało zbyt wielkich
trudności. Toteż rychło cenny ładunek życiodajnego płynu
przetransportowano na pokład.
Pozostała
przecież jeszcze jedna kwestia do załatwienia: żywność. Ale w
tym przypadku kapitan był dobrej myśli. Marynarze zbrojni w broń
palną rozpierzchli się po wyspie. Nakazał im tylko jedno, aby pod
żadnym pozorem jego podkomendni nie ważyli się działać w
pojedynkę. Licho wie, co mogło czaić się w gęstwinie. Jeśli nie
dzicy ludzie, mogący zaatakować załogę przy pomocy zatrutych
strzał, to groźne, a krwiożercze drapieżniki, którym bez
wątpienia łatwiej byłoby stawić czoła w grupie.
Sam
kapitan nie brał udziału w polowaniu. Przechadzał się po plaży,
z rozkoszą napawając się twardym gruntem pod nogami. Była to miła
– o jakże miła! – odmiana po dniach i tygodniach przemierzania
rozchybotanego pokładu.
Z
głębi lądu jęły dobiegać do jego uszu suche trzaski wystrzałów
karabinowych i stłumione przez las i odległość, ale przecież
całkiem wyraźne, okrzyki triumfu. A zatem polowanie musiało być
udane. Gdy tylko zdobędą odpowiednią ilość mięsa i
zakonserwowawszy je w soli, a częściowo może wysuszywszy na
słońcu, będą spokojni, że śmierć głodowa nie zajrzy im do
oczu. Natychmiast wówczas wezmą kurs ku zamieszkałym lądom.
Mijała
godzina za godziną, aż oto pierwsi ludzie poczęli schodzić na
brzeg, objuczeni zwierzyną. Było charakterystyczne i uderzyło go
to od razu, iż żaden z marynarzy nie upolował innego zwierzęcia
prócz dzikiej kozy. Czyżby one i tylko one żyły wyłącznie na
tej wyspie? Zresztą, czy to aż tak ważne? Koźlina jest smacznym
mięsem. Stos zabitych zwierząt rósł, coraz bardziej rósł na
rozległej płaskiej skale, do której stóp podpełzał piasek
plaży. Kilku marynarzy zostało i poczęło oprawiać upolowaną
zwierzynę. Zdzierano z kóz skórę, odrzucano łby, nogi do kolan,
wnętrzności. W powietrzu dało się czuć ostry odór surowizny i
krwi. Wykrawano ze zwierząt samo najlepsze, najczystsze mięso i
częściowo ładowano je w beczki, przesypując gruboziarnistą,
szarą solą, częściowo zaś krajano w wąskie paski, które miały
uschnąć na słońcu, przybierając twardość rzemienia, ale nie
psując się i nie tracąc zgoła nic ze swej pożywności.
„Jeszcze
jeden tak udany dzień polowania, jak dzisiejszy, a spokojnie
będziemy mogli odbić od tego brzegu” – pomyślał kapitan.
Naraz
dostrzegł coś bardzo dziwnego. Oto powoli, uważając na stawiane
kroki, z góry schodziło kilku marynarzy niosących coś, czego
kształtu nie mógł dostrzec z tej odległości, na
zaimprowizowanych, uplecionych z gałęzi noszach.
Przyłożył
do oka lunetę. Zaniepokojony wpatrywał się w to, co zobaczył. Na
noszach bez wątpienia spoczywał człowiek. Potwornie zmasakrowany,
cały oblany krwią człowiek.
„Czyżby
któremuś z moich marynarzy przytrafił się nieszczęśliwy
wypadek?” – myśl niespokojna przemknęła przez głowę
kapitana.
„Och,
tego mi jeszcze brakowało! Ciężko ranny na pokładzie statku,
daleko od cywilizacji, daleko od lekarza i lekarstw” – myślał
dalej.
Własnego
okrętowego lekarza prawie nie brał pod uwagę. Nie miał nawet
pewności, że ów jest rzeczywiście lekarzem, który odebrał
akademickie wykształcenie, a nie podaje się tylko za takiego.
Wszakże choćby i nawet był prawdziwym doktorem medycyny, to fakt,
iż od wielu, bardzo wielu już lat nie udało się zobaczyć go
trzeźwego, raczej źle rokował dla poranionego. Chyba, chyba że
chociaż krwi dużo, to skaleczenia są tylko powierzchowne.
Najbardziej irytowało go to, iż spoczywający na noszach, głowę
odchyloną miał do tyłu, a zatem w żaden sposób nie mógł
rozpoznać rysów jego twarzy i nie wiedział, któryż to z jego
ludzi miał takiego pecha. Ponieważ jednak marynarze niosący nosze,
mimo że szli bardzo wolno, jednak zbliżali się ku plaży,
wiedział, iż i tak za chwilę zaspokoi swoją ciekawość.
„Och!
żeby tylko nie było to nic poważnego. Boże miej go w opiece!”
Marynarze
wkroczyli wreszcie na suchy sypki piasek. Kapitan pobiegł w ich
kierunku i rychło znalazł się tuż przy noszach. Spojrzał na
leżącego i... widok, który mu się przedstawił, sprawił, iż
chociaż miał silny system nerwowy, nie zniósłszy tego, co ujrzał
– zemdlał.
Marynarze
niosący poranionego wyglądali okropnie i chociaż nie pomdleli tak,
jak ich kapitan, to przecież dało się dostrzec, że widok tego,
którego dźwigali, sprawił na nich okropne wrażenie.
Skoro
tylko szalupa z rannym Hansem Semberkiem (chyba nie trudno się
domyślić, iż jego to właśnie, a nie kogo innego znalazła,
penetrując wnętrze wyspy, załoga przygonionego w te strony przez
burzę żaglowca) i ciągle jeszcze nieprzytomnym pod wpływem
przeżytego szoku kapitanem, dobiła do burty stateczku i obydwu
mężczyzn potrzebujących pomocy lekarskiej wywindowano na pokład,
poczęto szukać doktora.
Trwało
to dość długo, bo ukrył się w mało uczęszczanym zakątku, za
wielkim zwojem lin, nie chcąc, aby go niepokojono. Jak zwykle był
pijany i z daleka cuchnęło odeń rumem. Ponieważ jednak drzemał
już godzinkę czy dwie, opary alkoholowe na tyle wywietrzały z jego
mózgu, że nie tylko mógł o własnych siłach utrzymać się na
nogach, ale nawet zdawał się rozumieć, co do niego mówią.
Chwiejnym
krokiem ruszył za przewodnikiem. Najpierw – nie spoglądając
nawet na drugiego z pacjentów – pochylił się nad kapitanem,
którego twarz przybrała kredowobiałą barwę. Rozpiął surdut i
koszulę, przystawił mu ucho do piersi, kilkakroć poklepał go po
twarzy, a później ułożywszy sobie głowę dowódcy na kolanach,
wydobył z przepaścistej kieszeni butelkę z rumem, podważył
kapitanowi zęby ostrzem kordelasa i do wpół otwartych ust wlał
kilka kropelek trunku. Nie widząc reakcji, zwiększył dawkę.
Kapitan
począł odzyskiwać naturalny kolor skóry, później zamrugał
oczyma i dopiero po chwili skojarzywszy, gdzie się znajduje i
przypomniawszy sobie wszystko, gwałtownie usiadł i zawołał:
– Chryste!
Doktorze! Zostaw mnie, a zajmij się tamtym!
– Jakim
„tamtym”? – z flegmą w głosie zapytał medyk, jednocześnie
podnosząc do ust flaszę z rumem i mając najwyraźniej chęć
pociągnięcia z niej solidnego łyku. Ale nie zdążył. Jeden z
marynarzy, jeden z tych, którzy podźwignęli Semberka, nagłym
uderzeniem wytrącił mu ją z ręki. Z brzękiem upadła na pokład.
Pękła, a powietrze przesyciło się ostrym zapachem alkoholu, który
rozlawszy się szeroką kałużą, wsiąkał teraz pomiędzy deski
pokładu.
– Najpierw
zajmij się chorym, ty stary opoju! – warknął ów marynarz – a
później możesz się zachlać choćby i na śmierć. Ścierwo! –
splunął z obrzydzeniem pod nogi lekarza.
– No,
no! Uważaj gnojku. W końcu jestem lekarzem, mam oficerską rangę,
a za obrazę oficera grozi...
– Zamknij
się! – syknął marynarz, mierząc mówiącego złym okiem. – I
bierz się do roboty.
Doktor
machnął lekceważąco ręką i zapytał:
– Dobrze
już, dobrze. Gdzież ten chory?
Podprowadzono
go do burty, która rzucała w tym miejscu głęboki cień na pokład,
co sprawiło, iż było tam chłodniej i pokazano spoczywające na
miękkim, z koców usłanym posłaniu, ciało.
Stary
pijak stanął nad nim. Zachybotał niepewnie na nogach, z trudem
łapiąc równowagę, a później wytężywszy wzrok, raz i drugi
przecierając oczy, jakby nie dowierzając temu, co widzi, jął
wpatrywać się w leżącego. Stojący w okrąg marynarze i kapitan,
który zupełnie już wrócił do siebie, ze zdziwieniem obserwowali
jakąś niezwykłą przemianę, zachodzącą w wyrazie twarzy
lekarza.
Oto
zdało się im, iż raptownie, w jednej bodaj chwili, wytrzeźwiał,
że wróciła mu cała jasność myślenia. Oto nie było już z
trudem zachowującego równowagę pijaka, lecz absolutnie trzeźwy
człowiek. Na obliczu medyka odmalowała się zgroza i przerażenie.
Nie,
na pewno nie reagował tak samo, jak kapitan, gdy zobaczył rannego.
Na doktorze to, że spoglądał na pokaleczonego i zbroczonego krwią
człowieka, nie czyniło wrażenia. On się przeraził nie widoku,
lecz rodzaju i sposobu zadania tych ran.
– Boże
wszechmogący... – wyszeptał drżącymi wargami. – Boże
wszechmogący... jemu już nikt i nic nie pomoże. On umiera, a
jedyne co mogę uczynić, to co najwyżej, gdy odzyska przytomność,
podać środek łagodzący ból.
– Naprawdę
nic więcej nie jesteś w stanie uczynić dla tego nieszczęśnika? –
zapytał kapitan.
– Ani
ja, ani żaden lekarz na świecie. Nawet najgenialniejszy w swym
fachu chirurg. Zbyt wiele krwi stracił i ma ogromne ubytki ciała.
To cud, że w ogóle jeszcze żyje.
– Zatem,
chociaż żaden z marynarzy ich nie dostrzegł, jednak muszą być na
tej wyspie groźne drapieżniki...
– Nie...
Nie ma tu ludzi – prócz tego poranionego, którego widzicie przed
sobą. On był jedynym człowiekiem na wyspie. Nie ma też tu
drapieżników, prócz jednego, przed którym miłosierdzie boskie
niechaj ma nas w swej pieczy. To nie zwierz, na pewno nie zwierz,
dokonał owej przerażającej masakry...
– Nie
chcesz nam chyba wmówić, stary pijaczyno, iż widzimy tutaj ofiarę
demona! – chrapliwie zaśmiał się potężny, o małpiej twarzy,
bosman.
– Nie
kpij z czegoś, o czym nie masz najmniejszego nawet pojęcia – z
całą powagą odparł mu doktor. – A w ogóle, to przypadkiem masz
rację...
Marynarze
wybuchnęli potężnym, niepohamowanym śmiechem. Rechotali długo i
rubasznie.
– Panie
kapitanie – lekarz zwrócił się do dowódcy statku. – Jeśli
już wszystkich ludzi masz na pokładzie, każ czym prędzej podnosić
kotwicę i odpływajmy stąd natychmiast.
– Nie
gorączkuj się. Nie tak nerwowo. Widać jeszcze nie całkiem rum
wywietrzał ci z głowy. Jutro raz jeszcze zapolujemy i dopiero
dostatecznie zabezpieczeni w żywność, będziemy mogli spokojnie
opuścić te wody.
– Nie!
Nie! – lekarz krzyczał, przerażenie wykrzywiło mu twarz w tak
niesamowitym grymasie, że aż ci stojący najbliżej odsunęli się
odeń wylęknieni.
– Nie!
Odpływajmy natychmiast, o ile nie chcesz na nasze głowy ściągnąć
potwornego nieszczęścia. I zapewniam cię, że chociaż dzisiaj od
samego rana nie skąpiłem sobie rumu, widok tego nieszczęśnika
sprawił, iż trunek wywietrzał mi z głowy zupełnie. Od lat nie
byłem tak trzeźwy, jak dziś. Od lat!
– Daj
spokój. Bredzisz. – kapitan odsunął zdecydowanym gestem lekarza
na bok. Lepiej zajmij się chorym.
Lecz
doktor nie dawał za wygraną. Widząc, że ani prośby, ani
ostrzeżenia nie przynoszą żadnego zgoła efektu, upadł przed
dowódcą na kolana i w błagalnym geście wyciągając ku niemu
ręce, zaskomlał:
– Litości!
Nad nami wszystkimi! Czy widok tego nieszczęśnika – tu wskazał
na nieprzytomnego Semberka, o wyjedzonym do kości policzkach i
piersiach – nie potwierdza, aby tego, iż moich ostrzeżeń nie
trzeba lekceważyć?
– Demon!
– znów zaśmiał się któryś z marynarzy. – Demon go pożarł
żywcem. I nas pożre, jeśli nie usłuchamy tego starego opoja.
Doktor
widząc, że nic nie osiągnie prócz tego, iż dostarczy nowego
powodu do kpin załodze, wskazał palcem czterech osiłków, i rzekł:
– Ty,
i ty, i ty, i ty. Przenieście go jak najostrożniej, starając się
mu nie zadać dodatkowego bólu, do mojej kajuty. Tam będzie leżał.
Muszę być przy nim przez cały czas, by móc nieść mu ulgę w
cierpieniu, gdy tylko będzie owo potrzebne... Muszę być przy nim
przez cały czas... aż umrze.
Lekarz
nie patrzył już na nikogo, odwrócił się i poszedł przodem do
swojej kabiny.
*
* *
Przytomność,
a wraz z nią koszmarny ból wracały mi powoli. Z trudem otworzyłem
oczy i pierwsze co ujrzałem, to zatroskane oblicze mężczyzny,
który wpatrywał się we mnie.
– Gdzie
jestem?... – głos zachrypły i jakiś obcy, z trudem wydobył mi
się z krtani. – ... i ktoś ty?
– Lepiej
by było dla ciebie, nieszczęśniku, iżbyś nie odzyskawszy
przytomności, umarł – usłyszałem w odpowiedzi.
Po
chwili milczenia nieznajomy mężczyzna ciągnął dalej:
– Znajdujesz
się na statku, który w te przez Boga zapomniane strony zagnała
burza. Ciebie przypadkiem znaleźli w głębi wyspy marynarze z
naszej załogi. A ja... cóż – tu jakby się zawahał – Ja
jestem lekarzem...
– Ratuj
mnie! – załkałem.
Ale
ów pokręcił głową przecząco:
– Dla
ciebie nie ma już ratunku... Straszliwie cię zmasakrował... Już
od lat nie widziałem tak zmaltretowanej przez niego ofiary...
Mimo
męki i bólu ogarnęło mnie bezgraniczne zdumienie. Ten człowiek
zdawał się wiedzieć, o czym mówi. Krzywiąc się, zapytałem:
– A
zatem wiesz... kto mnie...
Nie
dokończyłem. Położył mi palec na ustach.
– Tak,
wiem. Doskonale wiem. To jedno wiem na pewno. Lecz ty nic nie mów.
Tak będzie lepiej dla ciebie. Jak najmniej wysiłku. Zaraz
przygotuję ci lekarstwo, które trochę złagodzi ból. Tymczasem
przełknij nieco rumu. Ów mocny trunek ma nieco podobne działanie
do specyfiku, który chcę ci podać. Prawie przemocą wlewał mi do
gardła łyk za łykiem. Alkohol, którego krople rozpryskiwały się
na ranach, palił żywym ogniem. Począłem jęczeć, a później mój
lęk przemienił się w wycie.
– Spokojnie,
spokojnie, mój chłopcze. Zaraz ból minie. Zaraz.
Istotnie,
gdy tylko trunek rozgrzał mi wnętrzności i nieco uderzył do
głowy, poczułem ulgę. Oczywiście boleść nie minęła, ale jakby
stępiała. Oszołomiony patrzyłem, jak lekarz wyjmuje z szafy
przyśrubowanej do chybotliwej podłogi, jakieś słoje, flasze,
miski, jak uciera w porcelanowych tyglach maści, jak miesza płyny.
Wreszcie podał mi kubek napełniony brunatną miksturą i zmusił do
jej przełknięcia. A gdy minęło nieco chwil i kojące ból
działanie specyfiku poczęło przynosić mi ulgę, zanurzał płaty
czystego bawełnianego płótna w czymś, co mi wyglądało na oliwę
zmieszaną z wieloma innymi ingrediencjami i zakładał opatrunki na
najbardziej pokaleczone, ogołocone z mięsa, miejsca na twarzy i
piersiach.
I
rum, i środek raczej nasenny niż przeciwbólowy – wyczułem w
nim bowiem opium, z którym kiedyś miałem już do czynienia –
sprawiły, iż pogrążyłem się w czarną czeluść niepamięci...
*
* *
Doktor
sięgnąwszy ręką po flaszę z rumem, naraz jakby się zmitygował
i zrezygnował z pokrzepienia trunkiem. Siedział przy łożu
chorego, w zamyśleniu podpierając głowę pięściami. Naraz do
jego uszu dobiegł odgłos licznych głosów marynarskiej braci. Nie
rozróżniało się słów, wszakże pojmowało, że coś poruszyło
ich mocno. Obrzuciwszy zatem pełnym zatroskania spojrzeniem
nieznajomego, pokaleczonego młodzieńca, którego nie zapytał nawet
o nazwisko, podźwignął się ciężko z siedziska i ostrożnie, aby
się nie obsunąć w dół, powędrował stromymi schodkami na
pokład.
Cała
załoga stała zgromadzona przy jednej z burt, z zaciekawieniem
przyglądając się czemuś na piaszczystym brzegu wyspy. Zbliżył
się i on do tejże grupy i natężając wzrok, któremu ze względu
i na wiek i na nadużywanie trunków, nie dostawało już ostrości,
popatrzył tam, gdzie patrzyli inni.
Tuż
nad brzegiem morza, na piasku, ale już na linii wody, tak iż fale
omywały jej stopy, tkwiła nieruchoma postać. Sądząc po stroju i
sylwetce, była to kobieta.
Prawie
że siłą odebrał kapitanowi lunetę i dostosowawszy jej ostrość
do swojego wzroku, jął od stóp do głów lustrować tę, która
wzbudziła zaciekawienie załogi.
Tak,
to była kobieta. A właściwie dziewczyna, licząca nie więcej niż
dziewiętnaście-dwadzieścia lat. Ubrana w obszerną pąsową
suknię, bogato ozdobioną kunsztownym haftem suknię, którą wiatr
wiejący od morza ku lądowi rozdymał i wprawiał w trzepotanie, tak
że sprawiało to wrażenie ogromnych skrzydeł fantastycznego ptaka.
Dziewczyna
miała nad wyraz kształtną twarz, okoloną długimi, zmierzwionymi
włosami kasztanoworudej barwy. Obydwie ręce unosiła ku górze,
wymachując nimi na wszystkie strony, w ten sposób przyzywając
kogoś, kto zechciałby przybić do brzegu i zabrać ją stamtąd na
statek.
Kapitan
pierwszy ochłonął ze zdziwienia:
– Ruszcie
no się który. Dwu-trzech do szalupy. A biegiem! Zamiast się gapić,
pomóżcie dziewczynie. Bez wątpienia potrzebuje naszej pomocy. Czy
chcecie, aby i ją spotkało to samo, co i owego pokaleczonego
młodzieńca? A swoją drogą to ciekawe. Skąd tych dwoje wzięło
się tutaj, tak daleko od wszelkich uczęszczanych szlaków, na
wyspie, której nie znajdziesz na żadnej, najdokładniejszej nawet
mapie świata... I cóż ich ze sobą łączy?
– Kapitanie...
– odezwał się doktor.
– Czego
chcesz tym razem? – odpowiedział pytaniem na pytanie zagadnięty.
– Zastanawiałeś
się, co może łączyć tych dwoje? Ową dziewczynę na brzegu i
mojego konającego pacjenta. Otóż ja wiem, co ich łączy.
Nie jest to z pewnością miłość... O nie! Chociaż są sobie
bliżsi, niż mógłbyś to nawet podejrzewać.
– Mówisz
zagadkami, doktorze. Albo powiedz wszystko, co wiesz, albo daj mi
spokój i zejdź z drogi. Nie mam czasu wysłuchiwać twoich
dyrdymałów.
– Kapitanie,
gdybym ci powiedział teraz i tutaj wszystko, co mi o tej sprawie
jest wiadome, nie uwierzyłbyś mi, to pewne...
Nikt
już nie zwracał uwagi na starego doktora. Szalupa odbiła od
brzegu. Nie minęło wiele czasu, a na pokładzie stanęła
nieznajoma, tajemnicza dziewczyna z wyspy. Postawiwszy nogę na
pokładzie, zachowała się niby udzielna księżna, zupełnie
ignorując pytania marynarzy, którzy obstąpili ją wokół. Nie
raczyła nawet odpowiedzieć kapitanowi, który usiłował cokolwiek
wydobyć z pięknej kobiety, na temat jej losów i pochodzenia. Gdy
nazbyt natarczywie napierał na nią, zastąpiwszy drogę, zatrzymała
się i głęboko spojrzała mu w oczy, stała czas jakiś. A on, pod
wpływem owego wzroku kulił się, kurczył w sobie i dziwnie
pomieszany, krok po kroku wycofał na bok.
Doktor,
oparty o burtę, szeroko rozwartymi oczyma przyglądał się tej,
która zamiast słów wdzięczności dla załogi, bądź co bądź za
wybawienie jej z opresji, miała dla niej tylko pozę władczyni oraz
pogardę. I nic krom tego.
Dziewczyna
istotnie była piękna i niejeden z mężczyzn, których mijała,
spoglądał na nią bądź tęsknie, bądź z pożądliwością w
oku. Wszakże na niej również i owe oznaki zachwytu nie czyniły
żadnego wrażenia, tak, jakby była do nich przyzwyczajona od dawna.
Pewne
ożywienie dało się dopiero dostrzec na jej – choć ślicznej, to
przecież przypominającą kamienną maskę – twarzy, gdy poza
plecami otaczającej ją gromady dostrzegła doktora. Półuśmiech,
pół skrzywienie rozlało się na jej wargach, a potem posłyszano
wdzięczny głos:
– Och!
Cóż za niespodzianka! Mniemałeś pewnie, iż się już nigdy nie
zobaczymy? No... może dopiero po śmierci. A tymczasem stoimy
naprzeciw siebie. Nie cieszysz się moim widokiem? Nie przywitasz ze
mną?
Doktor
drżał na dźwięk każdego jej słowa, niczym smagany biczami
milczał. Marynarze i kapitan spoglądali zdziwieni to na jedno, to
na drugie, absolutnie niczego rozgrywającej się sceny nie
rozumiejąc i dziwiąc się niepomiernie, jakimż to sposobem
zawiązała się nie tylko znajomość – zda się dobra znajomość
– ale i wręcz zażyłość, pomiędzy zapijaczonym staruchem, a
ową młodziuchną, wiośnianą pięknością, która już nie
wnuczką, lecz prawnuczką mogłaby być chyba dla tego pierwszego.
Dziewczyna
rozwarła ramiona, jakby miała zamiar uściskać doktora, i krok po
kroku zbliżała się ku niemu, a on, również krok po kroku cofał
się coraz bardziej i bardziej przerażony. Dłonie mu drżały
mocno, tak mocno, iż z całych sił ścisnął je obie razem, aby
owo drżenie nieco zamaskować. Trzęsła mu się broda i wargi, a z
kącików ust pociekła ślina, osiadając na niedogolonej szczeci
podbródka.
– Mniemałeś,
iż się mnie tak łatwo pozbędziesz? – pytała dziewczyna.
Odwróciła
się z zalotnym uśmiechem ku kapitanowi i zapytała:
– Jakąż
to funkcję pełni na tym statku ów dżentelmen? Myślę, że to nie
tajemnica?
– Ach...
gdzież tam... – jąkał się kapitan.
– Jakaż
tam... tajemnica... Ot, ten stary opój jest naszym lekarzem.
Dziewczyna
z ironią w głosie zagadnęła doktora:
– Cóż
za zmiana? Z lekarza dusz przeistoczyłeś się w lekarza ciał? Czy
z równie dobrym skutkiem? Wielu udało ci się uratować od zguby?
Stary
doktor uniósł obydwie dłonie w górę i jakby usiłując odepchnąć
nimi zbliżającą się postać, wychrypiał zmienionym ze strachu
głosem:
Dziewczyna
na dźwięk owych słów zaniosła się śmiechem. Śmiała się
długo, aż łzy skapywały jej po policzkach, a gdy na koniec
przestała, wyraz jej twarzy stał się poważny:
– Jak
śmiesz w ten sposób do mnie przemawiać?! Jak śmiesz?! Czyżbyś
już zapomniał przyrzeczeń i układów, przysiąg i obietnic?
Czyżbyś już zapomniał o wszystkim, co nas łączy... bo wciąż
wiele nas łączy i nic, NIC, nie dzieli.
– Skończyłem
z tamtym życiem... Raz na zawsze... Nie masz do mnie prawa! Nie masz
prawa! – doktor krzyczał, nadal się cofając. Jego niski
rozedrgany przerażeniem głos, przeszedł w śmieszny falset.
– Czyżby?
– z kpiącym uśmieszkiem na ustach spytała dziewczyna. –
Czyżby? Wiem, żeś swego czasu odebrał w pewnym, dość
szczególnym kierunku, nader gruntowne wykształcenie. Pewnie też
nie zapomniałeś owych słów, głoszących, iż „pijacy nie
posiądą królestwa niebieskiego”. A skoro nie posiądą tamtego
królestwa, to cóż im może być przeznaczone? Może spróbujesz
zgadnąć? Nie wierzgaj tedy, nie wierzgaj, bo i tak nic przeciw mnie
nie zwojujesz. Raczej, skoro cię chcę uściskać, oddaj mi mój
uścisk. Chodź! – wyciągnęła na powrót ku niemu rozwarte
ramiona. – Chodź i niech wszystko będzie jak dawniej!
Ale
on nie miał zamiaru spełnić jej woli. Podnosząc dłonie w
obronnym geście, cofał się przed przybyłą, bełkocząc w kółko
jedno i to samo:
– Apage
Satana! Vade retro me Satana!
Martwa
cisza panowała śród załogi, aż wreszcie kapitan zdecydował się
ją przerwać:
– A
zatem znacie się oboje? Skąd? Taka różnica wieku? I o co tu w
ogóle chodzi?
Dziewczyna
odwróciła się ku niemu z uśmiechem na ustach:
– Et,
to stare dzieje! Opowiem wam kiedyś o tym. Tymczasem dajmyż mu
spokój. Nie chce odnowić dawnej znajomości – jego sprawa. Myślę
przecież, iż wcześniej czy później jednak to uczyni. Ach! Ileż
to ja mam wam do powiedzenia...
*
* *
Doktor
dotarł w końcu do włazu prowadzącego pod pokład i prawie
staczając się po stromych schodkach na dół, dopadł drzwi swojej
kajuty, a wbiegłszy do środka, zaryglował się dokładnie. Później
natomiast, nie zwracając uwagi na jęki rannego Hansa, wywalił na
sam środek pomieszczenia, całą zawartość swojego kufra i
przerzucając najrozmaitsze rupiecie, które mu się udało
zgromadzić przez lata, szukał czegoś gorączkowo.
Wreszcie
jego praca została uwieńczona sukcesem. Oto spomiędzy pudełek na
tytoń, całej kolekcji fajek, ubrań mniej lub bardziej zniszczonych
i wielu, bardzo wielu jeszcze przedmiotów, których przeznaczenia
nie sposób było odgadnąć, głównie ze względu na stopień ich
zniszczenia, wydobył sporych rozmiarów krucyfiks i przybił go do
drzwi wejściowych po ich wewnętrznej stronie.
– Teraz
będziemy już bezpieczni... Już bezpieczni...
Gdy
ukończył tę pracę, która zdawała się teraz akurat dlań
najważniejsza i uprzątnąwszy z grubsza bałagan, jaki uczynił,
zajął się chorym.
Hans
Semberk cierpiał strasznie i nawet dla kogoś, kto nie był
lekarzem, nie ulegało najmniejszej nawet wątpliwości, iż chwile
jego żywota są policzone. Był jednak przytomny. Doktor przygotował
dlań nową porcję mikstury i napoił nią młodzieńca. Czy tym
razem domieszał do niej mniejszą ilość narkotyku, czy też inna
była tego przyczyna, ranny nie zapadł w sen, a przecież ból
przestał mu nieco dokuczać.
Wpatrując
się w doktora, już nie z nadzieją, że ów ocali mu życie, ale z
niemą prośbą, aby zechciał odsłonić rąbka tajemnicy. Dla
Semberka jasne bowiem było, iż doktor nie tylko doskonale wie, że
to piekielny twór – dziecko Szatana, Bafomet, doprowadził go do
stanu, w którym nie pozostało mu nic innego prócz oczekiwania
śmierci, pożądliwego oczekiwania, aby skróciła męki, jakich
doświadczał.
– Wiem,
czego oczekujesz ode mnie, młodzieńcze... Nawet nie wiem, jak się
nazywasz... – doktor zamyślił się, wpatrując w oblicze
leżącego.
– Jestem
Hans von Semberk z N. w Bawarii.
– Ach,
Niemiec!
– Czy
to cię dziwi, doktorze?
– Nie,
ależ nie. Niby dlaczego miałoby mnie to dziwić. Stwierdziłem po
prostu fakt, iż jesteś Niemcem i nic ponadto.
– Doktorze...
– Co,
moje dziecko? Nie obrazisz się chyba, jeśli cię będę nazywał w
ten sposób. Zaiste, mógłbyś być moim synem.
– Proszę
nazywać mnie, jak pan tylko zechce, doktorze. Mnie już wszystko
jedno.
Widać
było, że mówienie sprawiało dotkliwy ból pokaleczonemu.
Spostrzegłszy to, medyk próbował nakazać mu milczenie, lecz ów,
przemógł sam siebie i wyszeptał:
– Dobrze...
zamilknę, ale... ale niech mi pan powie, skąd wiedziałeś
doktorze, że to nie zwierzę mnie tak... zmaltretowało? Skąd...
skąd pan wiedział, KTO to uczynił?
Lekarz
długo, bardzo długo milczał, tak jakby albo nie potrafił zebrać
myśli, albo nie chciał odpowiedzieć na zadane pytanie. Z góry, z
pokładu, dobiegły ich uszu wesołe okrzyki, jakieś śpiewy, coś
przypominającego odgłosy tańca. Wrzawa wesołości. Doktor drgnął,
budząc się z zamyślenia.
– Och,
gdybyż się dało czas odwrócić i odwrócić przeszłość –
westchnął. – Ale niestety, tego uczynić nie sposób. Pytasz,
skąd wiem, kto cię tak bestialsko zmasakrował. Alboż to trudno
zgadnąć, gdy się w przeszłości było kapłanem tego, który ową
bestię spłodził?
Hans,
usłyszawszy te słowa, zadrżał. Jego lęk musiał być widoczny,
bo lekarz ozwał się uspokajająco.
– Nie
lękaj się młodzieńcze. Nie musisz się lękać. To już
przeszłość, chociaż... chociaż, znów mogłaby stać się
teraźniejszością... Lecz się nie stanie! – dorzucił z mocą. –
Nie stanie! Tamto raz na zawsze skończone! Przegrałem życie,
zniszczyłem je i zmarnotrawiłem. Czyniłem rzeczy tak straszne, iż
gdybym zechciał o nich opowiedzieć, nikt z ludzi nie uwierzyłby w
ich prawdziwość... Pożądałem wiedzy. Pożądałem władzy.
Pożądałem bogactwa. A przede wszystkim zbytku i rozkoszy.
– I
dane ci było zdobyć to wszystko?
– Owszem,
lecz za jakąż cenę? Bodajbym był najlichszym z żebraków.
Bodajbym przez całe życie przymierał głodem, a nie splamił rąk
zbrodniami, którymi ongiś je splamiłem.
– Och!
On, Szatan, wie komu, na jakiej czułej stronie duszy zagrać i jaką
melodię. Dla niego wyrzekłem się Tego, do którego podwójnie
należałem – raz przez to, iż mnie stworzył, a po wtóre, sam
bowiem tego pragnąłem, sam mu się poświęciłem.
Doktor
zamilkł, uważnie przyglądając się twarzy Hansa.
– Wszakże
czym ciebie mógł skusić, omamić? I... zniszczyć.
– To
nie mnie. Nie mnie...
Z
wysiłkiem, z licznymi przerwami na odpoczynek snuł Hans opowieść
o dziejach swego rodu, o pakcie zawartym przez naddziada, o klątwie
wiszącej nad wszystkimi jego potomkami, aż do siódmego pokolenia.
O swych poszukiwaniach, o żądzy zaspokojenia, trawiącej niczym
żywy ogień, ciekawości.
– ...
chciałem poznać wszystko do końca... przeniknąć tajemnicę...
Stary
doktor pokiwał głową:
– Och,
gdybyś był cisnął tę starą mapę w ogień, gdzie by godne
siebie miejsce odnalazła, gdybyś zapomniał o opowieści stryja,
gdybyś nie jeździł do Sandomierza i nie zakłócał spokoju
umarłym. Gdybyś... Lecz przecież jakie to wszystko ludzkie...
Stary
umilkł na chwilę, by potem ciągnąć dalej:
– Różnych
sztuczek i sposobów używa, by zdobyć upatrzoną ofiarę. Jedni
poddają mu się z chciwości, inni, by zaspokoić cielesne żądze,
inni, aby zgłębić niezgłębione tajemnice natury, jeszcze inni,
aby opływać w dostatki. Tyś chciał rozwikłać starą rodzinną
tajemnicę... I rozwikłałeś ją. Czyś zadowolony? Oto twoje
najskrytsze z marzeń się ziściło. I co? Do żadnego z ludzi nie
ma ON, Szatan, Przeklęty Anioł, przystępu, jeśli sam człowiek
nie zechce się z nim zbratać. To nieprawda, że miał jakąkolwiek
władzę nad twym rodem. ON udawał, iż ją ma i jak widać, dopiął
swego. A wyście umierali, bo byliście przekonani, że musicie
umierać. To nie ON was zabijał, Bóg nie dał mu takiej władzy, to
zabijał was własny lęk i wiara w to, co wam wmówiono. Jeśli zaś
Szatan mógł mieć jakąkolwiek władzę nad kimkolwiek z waszej
rodziny, to chyba tylko nad owym naddziadem, który ten przeklęty
pakt zawierał. I nad nikim ponadto. Tamten mu się wymknął za
ziemskiego żywota. Czy po śmierci również? Wątpię. Niemniej
jednak, skoro Szatan upatrzył sobie wasz ród, skoro raz go już
upatrzył, nie ustawał w zabiegach, nie ustawał w pokusach,
straszeniu i kłamstwie, by dopaść któregoś z Semberków. I
dopadł. Ciebie.
– A
owe wszystkie podania? Tajemnice, pieczęcie, symbole, siódme
pokolenie. – mówił dalej doktor. – To bzdura, bzdura i nic
nadto. On cię schwycił nie tu, gdy znalazłeś się jego mocą
przeniesiony na przeklętą wyspę, ale wówczas, gdyś postanowił
za wszelką cenę przeniknąć tajemnicę rodu. Połknąłeś haczyk
i już cię miał. Miał i wiedział, że nigdy nie wypuści. A
starczyło tylko powiedzieć NIE!
– Doktorze,
lecz sam widziałem... że dopiero, gdy dostał moją krew... mógł
począć w pełni żyć, przyjąwszy postać Bafometa.
– Ależ
tak, nie przeczę! Lecz czy mniemasz, iż twojej krwi nie dałoby się
zastąpić czyjąkolwiek inną? Wierz mi, nie musiała to być krew
Semberka. I po wielokroć nie była. Czyżbyś mniemał, że przez
owe stulecia Bafomet pozostawał w letargu? Ależ nie! Był i
działał, czasem tylko udawał się na spoczynek, z którego często
go budzono, w taki sam sposób, w jaki ty to uczyniłeś.
Lekarz
znów umilkł, z niepokojem wsłuchując się w coraz głośniejsze
dźwięki zabawy dobiegającej z pokładu. Chwila skapywała za
chwilą. Powoli... powoli... powoli... Wreszcie wrócił do
przerwanego wątku.
Gdy
Szatana przegnano precz spośród ludzkich sadyb, gdzie zdobywał
coraz większą władzę, schronił się na tę wyspę, czekając
dogodnego momentu, aby wyemanować z siebie powtórnie bestię –
Bafometa, Pana Sabatów, któremu od wieków głupcy mnie i tobie
podobni nie tylko służyli, ale i oddawali cześć, mniemając, że
staną się przez to kimś więcej niż ludźmi, jakby człowiekiem
być, to było mało!
Wszakże
gdy Bafomet niczym poczwarka motyla przebywał w uśpieniu,
konieczne było napojenie go odrobiną DOBROWOLNIE na ten cel oddanej
ludzkiej krwi. I wówczas dopiero się budził. Odzyskiwał właściwy
kształt Pana Sabatów i mógł już działać. A do jego działań
wciąż i wciąż, i wciąż potrzeba jest krwi i rozpusty, i zgrozy,
i przekleństwa, i bluźnierstwa, i szału, i opętania, i
wszystkiego tego, co odczłowiecza ludzką naturę. A umie – niczym
najdoskonalszy z aktorów, zresztą jest nim przecież –
przywdziewać Bafomet, twór Księcia Ciemności, każdą z masek.
Każdą, jakiej tylko zapragnie. Może być piękną dziewczyną i
kusić swą urodą mężczyzn. Może być przystojnym młodzieńcem i
prowadzić ku zgubie naiwne dziewczęta. Może być potężnym królem
lub starcem-żebrakiem, łkającym o wsparcie. Umie być wszystkim i
mało kto potrafi mu się oprzeć. Mało kto.
Doktor
przerwał i znów zajął się przygotowywaniem lekarstwa na
złagodzenie bólu u rannego, tym razem zwiększając dawkę
narkotyku, Hans bacznie obserwował doktora, a potem zapytał:
– A
zatem? Co będzie ze mną?... Co będzie?...
– Cóż,
czy nie wybrałeś? Czy on cię zmuszał, abyś pomógł zbudzić
Bafometa z letargu? Czyż nie uczyniłeś tego dobrowolnie?
– Uczyniłem...
– Zatem
chyba nie muszę ci już niczego objaśniać, niczego tłumaczyć.
Oddałeś mu się i jesteś jego własnością! Zgubiony...
– Nie!!!
Nie!!!
I
były to ostatnie słowa, które Hans wykrzyczał. Narkotyk począł
działać.
*
* *
Wstrząs
psychiczny, jakiego doznał młody Semberk pod wpływem słów
usłyszanych z ust starego doktora, sprawił, iż ów zaniepokoił
się nie na żarty. Podszedł więc do nieprzytomnego i wymacał
puls. Z ulgą stwierdził, że choć słaby i nierównomierny, to
przecież Hans ma jeszcze kilka godzin życia przed sobą. Tylko...
tylko, co mu owe godziny dawały? Czyż można było liczyć na cud?
A tylko cud mógł tu coś zmienić.
Usiadł
zatem doktor obok drzwi na półokrągłym wieku od kufra obitego
żelaznymi obręczami i odchyliwszy głowę do tyłu, oddał się
rozmyślaniom.
Oto
znów widział samego siebie, gdy jako młodzieniec przejęty do
głębi kazaniem wielkopostnym pewnego złotoustego mówcy,
umiejącego sprawić, iż tłum w kościele rzucał się na kolana,
że płakał, jęczał, bił w piersi i zawodził, uświadomiwszy
sobie swoją małość, swoją nikczemność i grzeszność... A
zatem znów widział siebie samego, gdy po wysłuchaniu kazania i
oczyszczeniu się z win przy kratce konfesjonału, cichaczem, nie
mówiąc nic nikomu, wymknął się z domu, aby już nigdy doń nie
powrócić.
Ach,
ów nagły impuls, owo poczucie, że jego, właśnie jego, spośród
tylu innych Bóg wybrał na swego kapłana, sprawiły, iż zapukawszy
do furty klasztornej ojców franciszkanów-reformatów, poprosił o
przyjęcie do ich zakonu. Był gorliwy, świątobliwy. Był wzorem do
naśladowania. Ba! Mało tego – był mądry! Nikt w całym
konwencie nie mógł się z nim równać w zakresie teologicznej
wiedzy! Lata mijały na ćwiczeniach i na nauce... A potem?... Oto
biskup... widzi go jak przez mgłę, ledwie pamięta własne
święcenia kapłańskie... Pierwszą mszę, gdy drżąc z przejęcia,
nie śmiał dotknąć białej hostii, którą wpierw pokonsekrował,
wypowiadając nad nią słowa, które ongiś wyrzekł w wieczerniku
Ten, którego wziął sobie za Mistrza i za Nauczyciela.
– Hoc
est enim corpus meum... To jest bowiem Ciało Moje...
A
potem?
A
potem nie było już nic zgoła nadzwyczajnego, w tym, co czynił.
Nic. Codzienność szara i pospolita. Rutyna, żadnego mistycyzmu.
Biała hostia – ot okruch chleba i nic nadto. A on czekał
niezwykłości, czekał cudów, czekał, że Bóg gromkim głosem
przemówi z wysokości, odezwie się do niego, tak jak kiedyś
odzywał się do proroków i świętych. Ale nic podobnego się nie
zdarzyło. Nic.
Jął
nienawidzić te dni, podobne jeden do drugiego niczym bezmyślnym
przesuwaniem wyślizgane paciorki różańca. Jął nienawidzić sam
siebie, zrozumiawszy nareszcie, że to nie powołanie przez Boga
przywiodło go przed klasztorną furtę, lecz jego własna pycha...
Pycha i nic nadto. Gdy uznał się doskonałego. Za lepszego od
innych.
A
potem? Potem począł przekraczać pewną granicę. Wyrzucał Bogu,
iż przyjął ofiarę, której bynajmniej nie pożądał. Ale Bóg
milczał... Ciągle milczał... I w mózgu jęła kiełkować myśl,
z którą usiłował walczyć, myśl obca temu wszystkiemu, co przez
lata czuł, czego go uczono... Ale przecież z dnia na dzień myśl
owa potężniała, silniej nurtowała jego umysł: Jeśli Bóg
milczy... jeśli milczy... to może Boga wcale nie ma?... Pozwolił
jej się ostatecznie sformułować. Wyrzucił ją z siebie, czekając
gromu, który go porazi, który runie z bezchmurnego nieba i spali,
zwęgli to ciało grzeszne i ten umysł grzeszny, który poważył
się na takie bluźnierstwo... Ale grom nie uderzał. Bóg ciągle
milczał. Ciągle...
I
nowa wątpliwość. Inna zgoła, chociaż równie bluźniercza, co
poprzednia: ... a może jednak On jest..., tyle że... bezsilny? Tkwi
tam, kędyś w nieskończoności Kosmosu, lecz nieporadny niczym
paralityk przykuty do fotela, zdany na łaskę i niełaskę opiekunów
i krewnych? I tym razem nie strzaskał go piorun. Wszystko runęło,
zwaliło się niczym domek z kart. „Kto buduje dom na piasku...”
– Przemknęło przez głowę. Tak, on zbudował dom na piasku
pychy, nie na skale wiary. Nie na pewniku, lecz na ułudzie.
Kim
zatem był teraz, po latach spędzonych na ustawicznym oszukiwaniu
samego siebie? Kim był, zrozumiawszy, iż przegrał wszystko, co
miał do przegrania? Och! Co za okrutna męka!
Jakiś
szept w głowie? W głowie? Może w głowie. Może szept, a może
złudzenie... Jakiś obraz... Zrazu rozmyty, potem... potem wyostrza
się. Obraz człowieka wiszącego na konopnym sznurze uwiązanym do
haka wbitego tuż obok drzwi celi. Na sznurze, którego pętla
werżnęła się mocno, bardzo mocno w szyję. Szeroko rozwarte
wytrzeszczone oczy, język niemieszczący się w ustach, wysunięty i
opuchły. Sina twarz... Któż to?... Ach, to ja... Nie, precz!
Precz! Niech nie nachodzą mnie takie myśli. Czy muszę? Naprawdę?
Do końca? Czy muszę być tym, któremu biskup kładł ręce na
głowie, mazał dłonie świętymi olejami? Czy muszę być tym, kim
jestem, aż do końca, aż do ostatniego uderzenia serca. Tym, który
co rano pochyla się nad okruchem chleba tak małym, iż nie jest on
w stanie zaspokoić niczyjego głodu? Nad okruchem, który od dawna
nic dla mnie nie znaczy?...
...
Hoc est enim corpus meum...
Nie!
Dość! Nie!
Jeśli
jesteś Boże, jeśliś nie ułudą i nie mrzonką, daj mi znak, iż
mnie chcesz! Iż jestem Ci potrzebny! Daj! Błagam! Chcę znaku. Czy
to aż tak wiele. Czy to wiele dla Ciebie, który stwarzasz światy z
niczego i ścieżki wytyczasz czasowi? Ale On dalej milczał.
Tego
ranka, jak to miał w zwyczaju, usiadł w konfesjonale, by słuchać
samooskarżeń. Usiadł, by nurzać się w cudzym brudzie, jakby mu
było mało własnego. Pouczał, kazał bić się w piersi, zadawał
pokutę... Jedno i to samo... Jedno i to samo... Już miał wyjść z
kościoła, gdy naraz przez kratę konfesjonału dostrzegł profil
dziewczęcej twarzyczki. Tak niewinnej i czystej, jak u Madonny z
obrazów średniowiecznych mistrzów.
„Cóż
za grzechy może mieć ta słodka istota?” – przemknęło mu
przez myśl.
Pochylił
się przecież ku niej, nadstawiając ucha.
I
od tamtej pory wszystko się zmieniło. Jego życie, pragnienia i
cel...
Nie
rozumiał słów, które mu szeptała. Wsłuchiwał się w dźwięk
jej głosu, który przypominał poszum sosen w prastarym borze.
Wchłaniał w siebie, nie tylko nozdrzami, ale całym sobą, zapach
emanujący z jej młodego ciała. Pachniała świeżą ziemią, gdy
na przedwiośniu puszczą lody, a brudny śnieg topniejąc, spływa
strumykami, zdążając gdzieś w dal ku rzekom, które zaniosą go
aż do oceanu, bądź wsiąkając w glebę i sycąc korzenie roślin
budzących się do życia. Pachniała miodopłodnym kwieciem lipy,
suszącym się na pokosach sianem, rozgrzaną sierpniowym upałem
murawą przetykaną krwistoczerwonymi główkami goździków... Było
w niej coś z matki-ziemi, rodzicielki wszystkiego, cokolwiek żyje.
Prócz jednego. Nie było w niej spokoju.
Jej
łagodny – zda się – głos miał w sobie coś z pomruku burzy,
jej ciemnofiołkowe oczy – a może żółtozielone, niczym źrenice
kota, nie umiałby żadną miarą przysiąc, jaki kolor oczu miała
ta dziewczyna – zdawały się rzucać błyski podobne do piorunów
przecinających nieboskłon powleczony burosiną opończą chmur,
zwieszających się nisko nad dachami domostw. Było w niej coś i
urzekającego, i podniecającego, i budzącego lęk. Może nawet
grozę. Jedno co było jej obce, to spokój. I on w miarę, jak z jej
ust płynęły słowa, których nie rozumiał, stawał się coraz
bardziej podniecony.
Rozumiał,
że dzieje się z nim coś zgoła niezwykłego, iż jest to może
właśnie ów znak, o który prosił. Nie, którego żądał! Lecz
jeśli owo było znakiem, to wolał znak niż tego, który mu go
zesłał! Mijała minuta za minutą. Słońce już dawno wspięło
się na sam szczyt firmamentu, a on wciąż tkwił w tej samej pozie,
z uchem przystawionym do kratki konfesjonału, z nozdrzami
wdychającymi z lubością zapach... zapach... nie umiał znaleźć
właściwego słowa, aż wreszcie doń przyszło – pierwotności i
dziczy.
Kątem
oka rzucał spojrzenie za spojrzeniem na tę, która od momentu, gdy
uklękła na niewygodnych i twardych, wytartych kolanami setek
penitentów stopniach, nie zmieniła pozycji ani na cal, nie
drgnąwszy nawet.
Naraz
pojął, że to nie ona spowiada się jemu, lecz on wyznaje jej
wszystkie swoje grzechy. Opowiada o straconych nadziejach, o
złudzeniach, które brał za rzeczywistość. O swoim wielkim bólu
pożądania czegoś, czego sam jeszcze nie umiałby nazwać, ale
podświadomie przeczuwał, iż coś takiego istnieć musi, i że on
właśnie temu czemuś winien się poświęcić.
A
kiedy wreszcie już wyrzucił z siebie to, co mu od lat doskwierało,
uwierając duszę, niczym cierń wbity w stopę, cierń, którego nie
da się żadną miarą usunąć, poczuł ulgę. Było mu tak lekko,
jak przed wielu, wielu laty, jak w dzieciństwie, gdy siedział na
kolanach babki przytulony do niej, wpatrując się w czerwonawozłote
płomienie ognia gorejącego w palenisku, podczas gdy światła w
całym domu były wygaszone. Czuł się wówczas i szczęśliwy, i
bezpieczny, choć przecież nurtował go pewien niepokój. Ogień
urzekał nie tylko swym pięknem, ale i swoją dzikością. Tym, iż
może go zniszczyć, spopielić, unicestwić. Kochał go i bał się
zarazem.
I
dokładnie takie samo uczucie podziwu i lęku żywił teraz do tej,
która klęczała od wielu już godzin, słuchając wszystkiego, co
mu leży na duszy. Wreszcie musiało się skończyć to, co nie
zdarzyło mu się nigdy od czasu, gdy dokonał pierwszej konsekracji.
Czar prysł. Wróciła szara zwykła rzeczywistość. Drobna
dziewczęca dłoń delikatnie jeszcze tylko musnęła jego usta i
zwiewna postać znikła w mroku kruchty.
Ale
nie był to koniec, lecz początek zaledwie. Nie ulotna chwila, która
mija, by nie wrócić już nigdy... nigdy... Co jakiś czas stawała
przed nim, cicha i milcząca, zwykle, gdy noc spowiła mrokiem
ziemię. Wabiła skinieniem i prowadziła poza miasto, gdzie się
gubili pośród wysokich traw, zatracali kształty, do czasu, gdy
niebo bladło na wschodzie, zwiastując zbliżanie się świtu. Wtedy
wracał zdruzgotany i przybity w klasztorne mury, czując się
zbrukany i splugawiony, przysięgając, iż to już ostatni raz.
Nie,
nie dlatego, iż bał się Boga, lecz z tej przyczyny, że kiedyś
świadomie i dobrowolnie składał swoje śluby. A teraz je łamał.
Wstydził się siebie samego. Własnej uległości i słabości.
Przecież nie umiał żyć inaczej. Wewnętrznie rozdarty między
sobą a sobą, między jednym pragnieniem a drugim, między jednym
marzeniem a innym. Oczekiwał tych dni, a raczej wieczorów, podczas
których opuszczały go wszystkie wątpliwości i maczał się w
mroku. Aż wreszcie nadszedł ów, który do gruntu odmienił już
wszystko. Gdy z pięknej twarzy spadła piękna maska, gdy
zwierzokształtne monstrum z głową kozła, spośrodka której
wystrzelał w górę migotliwy płomień o kształcie hebrajskiej
litery szin, wwiodło go w krąg wpół obłąkanych kobiet,
mężczyzn, dzieci...
W
ogromnej skalnej grocie urządzono świątynię. Ogarnął ją
wzrokiem i wszystko zrozumiał. Ponad ołtarzem odwrócony trójkąt,
krzyż odwrócony i emblemat kozła. Czarne świece, jarzące się
niebieskawymi płomieniami. Ściany czarne i czerwone na przemian.
Dzikie śpiewy, szał i ból. Nagie ciała tarzające się po
podłodze, poranione, spływające krwią, a jednak... a jednak –
doznające niewysłowionej rozkoszy. Koźlogłowy władyka zasiadł
na kulistym tronie z boku ołtarza. Ucichło. A potem zabrzmiał
śpiew bluźnierczego psalmu, który rozlegał się na przemian z
równie bluźnierczym responsorium. Lżenie Boga i wszystkiego,
cokolwiek Bogu mogło być miłe. Procesje i recesje. Kadzidło,
którym dominował zapach werbeny, zapach ulubiony przez Szatana.
Kadzidło gęste i odurzające,w którego oparach zdawało się
dostrzegać zarysy innych światów.
Gdzież
to podziała się zwiewna, urodziwa, łagodna i czuła – Pokusa?
Miast niej widział Pana Sabatów, Bafometa. Jego żółtobursztynowe
źrenice wpijały się w twarz zakonnika. Wówczas zrozumiał, czego
bestia żąda. Pojął to. Pojął, iż nic za darmo. Nic...
Jak
zahipnotyzowany zbliżył się do ołtarza. Nie próbował nawet
zgadywać, skąd się tam wzięły jego szaty liturgiczne. Zakładał
humerał, albę, stułę, przewiązywał się paskiem, nakładał
ornat i manipularz. Nie wiedział, nie rozumiał, było to dlań
niepojęte, skąd znał słowa, wszystkie te słowa bluźnierczej
liturgii. I gdzie i kiedy, i kto go ich nauczył. Sprawował obrzęd
na wpół odurzony. Na ołtarzu leżała naga kobieta, na jej brzuchu
stawiał kielich napełniony winem i kładł hostię – biały
okruch chleba, który nic od dawna dla niego nie znaczył. O
dawna?... Od jak dawna?...A dziś?... Dziś wszystko się zmieniło...
Na
ofiarowanie podano mu dziecko. Małe ciałko, może miało miesiąc
życia za sobą, a może i nie? Był jak w transie. Działał niczym
automat. Bafomet nie spuszczał zeń wzroku, wpijał się w jego
twarz, nie pozwalał ani na sekundę, iżby wrócił mu rozsądek,
aby sumienie mogło dojść do głosu. Jeszcze teraz słyszy płacz
zarzynanego noworodka. Czuje, jak ostrym niczym brzytwa nożem
rozcina gardło. Czuje ciepłą krew rozpryskującą się na dłonie,
znaczącą ślady na ornacie, na albie, na stule. Zbiera ją do
kielicha, miesza z ofiarnym winem. Zbrodniczy, dziki, potworny,
bluźnierczy obrzęd się dopełnił...
Oto
przekroczył granicę, której zda się, żaden człowiek przekroczyć
nie jest zdolny.
Nie
pamiętał, co było dalej. Jakiś ból i jakaś niewysłowiona
rozkosz. Krzyk i śpiewy, i śmiech, i łzy, i feeria barw, i
kłębowisko nagich ciał i poczucie wszechobecnej,
wszechogarniającej pustki i nicości. I rozpacz tak potworna, że
zda się, może od niej jedynie śmierć tylko wybawić. I byłby
wówczas wybrał śmierć. Byłby odszedł, porzucił zewłok
cielesny, niespełnione nadzieje, pragnienia, marzenia nieziszczone.
Wstręt i niesmak, niechęć, nienawiść do samego siebie. Ale on –
Król Nocy – smutny i zadumany, ze swego tronu panujący ponad
otoczeniem, wpatrywał się w twarz zakonnika, a jego oczy zdawały
się mówić, rozkazywać, krzyczeć:
– Nie!
Nie uczynisz tego! Nie uczynisz... Może... później. Lecz jeszcze
nie teraz... Jesteś mi potrzebny. Właśnie ty, nie zaś ktokolwiek
inny!
A
później żył na poły niczym dziki zwierz. Wśród lasów, po
pieczarach górskich, na uroczyskach, suchych połaciach zagubionych
śród bagien, do których ścieżki znali tylko wtajemniczeni. Był
kapłanem dzikiego, zboczonego kultu, posłusznie śpiesząc na każde
skinienie, na każde wezwanie swego pana – Bafometa koźlogłowego.
Aż
wreszcie wypalił się do samego końca. Już nic się nie ostało w
nim z człowieka – nic zgoła.
Sam
nie wiedział, kim był: istotą ludzką, zwierzęciem, bestią,
demonem. Obłęd przeżarł mu mózg, wypalił sumienie, stępił
zdolność odczuwania jakichkolwiek uczuć. I wówczas, gdy poczuł
się pusty, aż do końca pusty, jak skorupa, z której wyssano
ślimaka, wówczas Szatan odtrącił go od siebie. Odepchnął z
pogardą. Upokorzył. Czegoś tak potwornie bolesnego jeszcze nie
doświadczył nigdy w życiu. Od Boga odszedł sam, a Czarny Anioł
go odrzucił!
Zagubiony,
przejęty rozpaczą, nie wiedział co ze sobą począć. Wrócić do
klasztoru nie chciał. Nie mógł zaczynać od nowa czegoś, co nie
było jego powołaniem. Zresztą, choć miłosierdzie boskie jest bez
granic, czy miałby czelność, po tym wszystkim, co przez cały ów
czas czynił w jaskiniach i na uroczyskach, odprawiając bluźniercze
obrzędy, odwoływać się do tego miłosierdzia? Zresztą... utracił
Szatana, ale nie zaczął bynajmniej kochać Boga...
Znał
się trochę na medycynie, a zatem, gdy tylko nadarzyła się po temu
okazja, w portowym mieście zaciągnął się na statek jako lekarz
okrętowy. Począł pić. Pił co dnia, upijając do nieprzytomności.
Pił, aby zabić, zagłuszyć w sobie te straszne, potworne, niczym z
koszmaru sennego pochodzące, wspomnienia dokonywanych zbrodni.
Gdy
był zamroczony, cóż – jakoś mógł żyć, ale skoro tylko
trzeźwiał, wszystko wracało, dławiło krtań, mroziło szpik w
kościach. Zatem pił od nowa... I tak mijały miesiące i mijały
lata. Aż do czasu, gdy rozszalały żywioł rzucił ich statek
tutaj, w pobliże tej przeklętej wyspy. Po co? Dlaczego? Czy Szatan
pożądał go na nowo? Czy znów był mu potrzebny?
Z
pokładu dobiegały już nie odgłosy beztroskiej zabawy, lecz dzikie
wrzaski, odgłosy szału i orgii, którym oddawała się załoga.
Posłyszał wpół zwierzęcy skowyt. Och! Znał ten głos! Głos
człowieka żywcem rozrywanego na strzępy. Jakże szybko. Jakże bez
trudu Książę Ciemności pod postacią delikatnego dziewczęcia,
zdołał zawładnąć umysłami załogi. Jakże prędko zdobył ich
wszystkich. Znów święcił zwycięstwo!
Stary
zapijaczony doktor poczuł, że statek drgnął i powoli począł
odpływać, kierując się zapewne tam, dokąd Ona-On sobie
zażyczyła. Odzyskała siły. Świat stawał się coraz bardziej
szalony. Szatan wiedział, że teraz mu będzie o wiele, wiele
łatwiej zdobyć liczne grono wiernych wyznawców i czcicieli.
Takich, którzy nie cofną się przed niczym. Przed żadną
nikczemnością i podłością, i zbrodnią.
Och,
tak! Teraz bez wątpienia jego szanse niepomiernie wzrosły, coraz
więcej bowiem było takich, którzy nie wierzyli w to, że ON –
Upadły Anioł w ogóle istnieje! A czyż nie łatwiej zdobyć i
pokierować tymi, którzy nie przypuszczają nawet, iż mogą
stanowić zdobycz, że ktoś może nimi kierować?
Statek
płynął. Nabrał wiatru w żagle i pruł dziobem zielonkawobłękitne
fale oceanu. Widać nie cała załoga oddała się SZALEŃSTWU...
*
* *
Ocknąłem
się zgoła nagle. Prawie nic mnie nie bolało. Za to silne
kołysanie, jakie odczuwałem, wprawiło mnie w zdumienie. Nie bardzo
wiedziałem, co też się dzieje. Lekarz ciągle czuwający u mojego
wezgłowia, delikatnie położył mi dłoń na czole i ozwał się
łagodnym głosem:
– To
nic. Nic. Nie lękaj się. To po prostu podniesiono kotwicę i statek
odpływa od brzegów wyspy.
– Ale
dokąd ? Dokąd płyniemy doktorze?
Stary
człowiek wzruszył ramionami:
– Tego
niestety nie wiem, ani nawet domyślać się nie mogę.
– Zatem
nie znasz planów kapitana? – indagowałem dalej starego.
– Plany
kapitana znałem, i owszem. Tyle że teraz nie jest on tu panem i nie
jego rozkazy się wykonuje.
– A
czyje?
– Chłopcze,
chłopcze – doktor pokiwał głową. – Tej, a raczej Tego, kto
nad nimi wszystkimi zdobył i władzę, i moc, i panowanie. Tego,
przed którym chcielibyśmy umknąć, skryć się tak, by już nigdy,
przenigdy nie mógł nas odnaleźć.
Jąłem
drżeć na całym ciele. Szczękałem zębami, a palce kurcząc się,
zaciskały na pledzie, którym mnie okryto.
– Och!
Boże! Litości! Miej litość nade mną! Boże, Ty wiesz, że
żałuję! – Któż wzywa Tego, którego nienawidzę? Któż go
wzywa?
Spoza
drzwi doleciał do mych uszu głos ni to męski, ni kobiecy, mający
w sobie coś zwierzęcego – głos Szatana.
– Darmo
skamlesz! Dobrze wiesz, żeś mój, że nikt i nic nie jest w stanie
wyrwać cię z mojej mocy! Otwierajcie drzwi, wpuśćcie mnie do
środka. Niech się dopełni, co ma się dopełnić!
– Przeklęty!
– niesamowity głos z korytarza wprost ział nienawiścią. –
Zabierz TO z drzwi! Natychmiast! Słyszysz mnie?! Zabierz, coś tam
przymocował! Natychmiast! Usuń tę przeszkodę!
Chwila
przerwy i znowu:
– I
tak cię dostanę, a wtedy pożałujesz! Poświęć tego dzieciaka
mnie. Dokonaj rytuału, a przyrzekam, iż na nowo powrócisz do łask!
– Potrzebujesz
kapłana? Prawdziwego? – stary doktor zmienił się na twarzy. –
Jeszcześ nie zdążył usidlić nowego? Dlategom ci potrzebny?
– Daj
spokój. Czynisz mi wyrzuty. Może i masz trochę racji. Może i
masz. Ale przecież, gdybyś się lepiej starał...
– Precz
Szatanie. Odejdź ode mnie Szatanie! – krzyknął doktor. – Nie
chcę cię słuchać. Już nigdy. Nigdy więcej!
Spoza
drzwi doleciał chrapliwy, przesycony bluźnierstwem śmiech. Z
przerażeniem w oczach patrzyłem na doktora. Skóra na jego twarzy
przybrała ziemisty wygląd. Wargi mu posiniały, a ręce jęły
drżeć. Zresztą całym jego ciałem wstrząsały dreszcze.
Zapatrzony w tego człowieka, zapomniałem nawet o własnym bólu,
który mnie przenikał, przesycał każde włókienko ciała, każdy
nerw, każdy okruch kości.
Oto
obserwowałem zadziwiające i straszne zarazem widowisko. Stary
człowiek walczył sam ze sobą. A straszliwa to była walka. Oto
dwie wole, dwa pragnienia, dwa pożądania zwarły się ze sobą w
straszliwym uścisku.
Zza
drzwi ciągle i ciągle dolatywał głos:
– Usuń
tę przeszkodę. Wpuść mnie!
Chwilami
głos przemieniał się w ryk, przypominający dźwięk gromu
przetaczającego się po niebie.
Tymczasem
doktor stał wciąż pośrodku kajuty. Miał szeroko rozstawione
nogi, wykrzywioną grymasem boleści twarz. Wpół otwartymi ustami
łapał ciężko powietrze niczym ryba wyrzucona z wody na brzeg.
Szponiasto zgiętymi palcami to chwytał powietrze, to rozorywał
sobie nimi twarz, aż cały spłynął krwią.
Długo
to trwało, bardzo długo, ale przecież nareszcie zauważyłem, że
zaczyna się uspokajać. Rysy jego twarzy wygładzają się, tracą
ostrość. Rękawem otarł krew z pokaleczonych policzków. Jego
oblicze uległo nadzwyczajnej przemianie. Stało się łagodne i
tchnące spokojem.
Nie
zważając na ryki i na żądania dobiegające spoza zamkniętych
drzwi, powoli, nie śpiesząc się, otwarł swój kufer. Szperał w
nim długo, aż na koniec spośród niezliczonych rupieci, wyciągnął
długi pas materiału o spłowiałej fioletowej barwie, po obu
końcach poznaczony krzyżami. Była to stuła. Z czcią ją ucałował
i założył na szyję, później zaś zbliżył ku mojemu posłaniu.
– Nie...
– prosiłem. – Nie... nie zabijaj mnie... Czy musisz? Czy
naprawdę musisz bluźnić znowu plugawą ofiarą?... Nie skazuj mnie
na potępienie! Czym ci zawiniłem?
Usiadł
tuż obok mnie. Ze smutkiem popatrzył mi w oczy.
– A
zatem niczego nie zrozumiałeś? Tak, wiem. Nie winię cię za to. Z
przerażeniem spoglądasz na rdzawe plamy krwi ofiar, które
przybrany w tę stułę, składałem na ofiarę Szatanowi.
Zamilkł
na chwilę, ale zaraz ciągnął dalej:
– Nie
lękaj się jednak. Nie lękaj. Nie przyszedłem tutaj w imieniu
Przeklętego i nie jego wolę chcę wypełnić. Musisz wiedzieć, że
ta stuła, choć zbezczeszczona, choć splugawiona, stanowi przecież
jednak znak, symbol mojego kapłaństwa. Nim w niej służyłem
Księciu Ciemności, wpierw służyłem Dobru, Prawdzie i Miłości.
Wiedz również, iż kto raz świadomie i dobrowolnie wybrał drogę
i przyjął święcenia kapłańskie, choćby i największym był w
życiu zbrodniarzem, choćby przez lata co sekundę zdradzał Tego,
który udzielił mu cząstki Swej władzy, to przecież nigdy owego
przywileju nie utraci. Zawsze i wszędzie będę już kapłanem...
przez całą wieczność... będę kapłanem Boga nawet i w...
piekle...
Pochylił
się znowu nade mną i uczynił znak krzyża, przysunął ucho ku
moim wargom. Zrozumiałem. A gdym już wyznał wszystkie swoje
grzechy, gdy czysty i spokojny czekałem śmierci, gdy starzec
unosząc dłoń nad moją głową, szeptał: ego te absolvo...
ja cię rozgrzeszam... wiedziałem, miałem tę pewność, że
ten, co chciał mnie posiąść na wieczność, nieodwołalnie
przegrał...
Stary
doktor, czy może raczej mnich, widząc, iż Hans Semberk skonał,
powoli zamknął mu palcami powieki i zastygł w tym geście na jakiś
czas. Za drzwiami ucichło, lecz przecież wiedział, że TAMTEN
wcale nie dał za wygraną. Ale było mu już wszystko jedno.
Zrozumiał błędy swojego żywota. Chciałby odwrócić czas,
zmienić bieg przeszłych zdarzeń. Tego wszakże nie mógł był
uczynić. Rad, iż przynajmniej uratował Hansa, ze spokojem i
rezygnacją oczekiwał przeznaczonego mu losu. Któremu przecież nie
miał zamiaru poddawać się biernie. Cóż mógł uczynić? Cóż
prócz tego, by zawierzyć Temu, którego przed laty zdradził? Nie
zdjął stuły. Podszedł do drzwi, oderwał od nich krzyż i mocno
zawierając na nim palce lewej dłoni, prawą nacisnął klamkę.
Stanął
w progu, twarzą w twarz z Bafometem, zasłoniwszy się krzyżem
przed tym, który ziejąc nienawiścią i złem chciał go dopaść.
Przed tym, który chciał w starym pomarszczonym ciele zatopić kły,
szarpać je szponami, chłeptać krew, a na koniec wydusić zeń
ostatek życia...
Stali
tak – oko w oko, mierząc się wzajemnie. Mnich odmieniony,
przeistoczony wewnętrznie i ten, któremu się zdawało, że stary,
zmięty strzęp ludzki, który został doprowadzony ku samej krawędzi
człowieczeństwa, że strącił go w niezmierzoną bezdenną otchłań
nienawiści i męki, będzie drobiazgiem, ot czymś banalnym i
prostym, niegodnym wspomnienia, nie może jednak być zlekceważony.
Oto
widział przed sobą kogoś, kto przestał mu służyć, przestał
kochać, przestał uwielbiać, przestał się lękać i miał
czelność wypowiedzieć walkę. Bafomet czy chciał, czy nie chciał,
musiał spoglądać na krucyfiks. Widział poskręcane w agonii ciało
Zamordowanego, któremu tyle razy bluźnił, lecz którego się bał,
wiedząc, iż On, ten niby-Pokonany, ten grubymi gwoźdźmi przybity
do drzewa i tak jest zwycięzcą w ich odwiecznej walce. Walce
Nienawiści przeciwko Miłości.
Bafomet
drżał i kulił się, jak smagany biczem, a potem, krok po kroku,
jął cofać się w kierunku schodków wiodących na pokład.
Czepiając się ich szponiastymi dłońmi, pełzł ku górze,
pojękując z cicha. A stary mnich z krzyżem uniesionym ponad głową
szedł za nim. Szedł i bezgłośnie poruszał wargami, wygrzebując
z pamięci i odmawiając słowa dawno, dawno zapomnianych modlitw.
Szedł z wiarą w zwycięstwo ani na chwilę nie wątpiąc, iż ten
bój nie może być dla niego przegrany.
Marynarze,
którzy wraz z Bafometem przybyli, by wyciągnąć starego doktora z
jego schowu pod pokładem, patrzyli na tego, który ustawicznie
dostarczał im tylko tematów do drwin, szeroko ze zdumienia
rozwierając oczy. Widzieli, rozumieli, docierało do ich
świadomości, że ów starzec z krzyżem w ręku jest kimś wielkim,
ponadludzkim, niezwykłym. Nie rozumieli tylko, czemu prześladuje
dziewczynę. Ich oczy dostrzegały bowiem inny zgoła obraz niż oczy
mnicha. Oni nadal sycili się pięknem panny, młodej, uroczej,
radosnej, umiejącej zabawić i zachwycić wszystkich dookoła. Oni
nie widzieli kozłogłowego demonicznego stworu, którego piekło
wypluło ze swoich wnętrzności na przekleństwo światu i ludziom.
By mogli go ujrzeć w całej jego ohydnej brzydocie, napiętnowanego
bluźnierstwem, musiałoby jeszcze wiele czasu upłynąć. Musieliby
wiele popełnić zbrodni, musieliby wreszcie wyrwać ze swych serc
całą miłość, aż do ostatka, do najmniejszej drobinki, a
zastąpić ją nienawiścią. Nienawiścią ku wszystkiemu i
wszystkim. Ku kwiatom i trawom. Ku rzekom i strumieniom. Ku górskim
szczytom i oroszonym ziołom, ptakom, zwierzętom, obłokom. Ku
księżycowi i gwiazdom. Ku bieli śniegu i barwom tęczy. Musieliby
osiągnąć taki stan ducha, w którym całym ich światem, całym
życiem i całym sensem życia, byłaby nienawiść. Nawet ku samym
sobie.
Ale
oni nie doszli jeszcze do takiego stanu – ta jedna zbrodnia, którą
popełnili, pewnikiem jeszcze zgoła nieświadomi tego, co uczynili,
to zbyt mało – i daleko im było do niego, o, jakże daleko.
Dopiero wstępowali na drogę, która ich miała poprowadzić ku
miejscu, z którego zawrócić prawie niepodobna. Do miejsca, z
którego zawracał właśnie ich stary, zapijaczony doktor.
Naraz
do uszu marynarzy dobiegł przeraźliwy krzyk:
– Ratujcie
mnie! Ratujcie!
To
dziewczyna, wczołgując się po schodkach na pokład, prosiła o
pomoc. I dopiero jej krzyk sprawił, iż jakby się ocknęli z
głębokiego snu. Pojęli, że nieznajomej zagraża śmiertelne
niebezpieczeństwo.
Oto
oszalały staruch zbliżał się ku dziewczynie z groźnie uniesionym
krzyżem, jakby miał zamiar roztrzaskać nim tę piękną głowę.
Dwu osiłków rzuciło się, aby go powstrzymać. Schwyciło za
łokcie, próbując odciągnąć. Lecz starzec strząsnął ich z
siebie jednym nagłym ruchem, jakby mu raptem powróciły siły
sprzed lat, sprzed wielu lat, gdy w młodych mięśniach i kościach
czuł krzepę i gotów był się zmierzyć i z całym choćby
światem.
– Ratujcie
mnie! Ratujcie! – głos dziewczyny wibrował w powietrzu.
Przesycony lękiem, drżący.
– To
wariat. Bez ochyby wariat – wymamrotał kapitan i zastąpił drogę
doktorowi.
– Co
czynisz? – zapytał. – Czyś oszalał? Czy rum ci już całkiem
przeżarł mózg?!
– A
co wyście uczynili?! Już zapomniałeś?! Zapomniałeś wspaniałej
zabawy na pokładzie?! Tanecznych korowodów, orgii, krwi,
śmierci?!... Kogo zamordowaliście, szaleńcy?! Słyszałem krzyki
konającego?! Kogo?!
Kapitan
blady ustąpił z drogi. Przez moment wydawało się, iż odzyskuje
jasność myślenia, iż odzyskuje pamięć. Całą pamięć tego, co
stało się jeszcze tak niedawno przecież. Lecz wystarczyło jedno
spojrzenie Bafometa. Lecz wystarczyło, że wpił się wzrokiem w
oczy kapitana, przewiercił przez nie aż do głębin duszy, a tamten
na nowo stał się bezwolnym narzędziem w rękach Pana Ciemności.
Dziewczyna-demon
już dopełzła do szczytu schodów i stanęła wreszcie na
pokładzie, odsuwając się najdalej, jak tylko mogła od włazu. A w
nim za chwilę ukazała się dłoń niosąca krucyfiks i wyłoniła
cała postać starca. Bafomet runął na kolana. Jęczał i wił się
w boleściach. Skamlał o litość, jednocześnie wzywając pomocy.
– Ratunku!
Ratunku! – ów głos niósł się daleko i słychać go było
pewnie w każdym zakamarku statku. Nic poza owym głosem nie
docierało do świadomości marynarzy. I ci, którzy do tej pory
zajęci byli zabawą, i ci, którym kazano poprowadzić statek ku
wyznaczonemu miejscu na odległym lądzie, wszyscy rzucili się na
pokład i stanąwszy zwartym kręgiem, patrzyli na tych dwoje – na
pełzającą niczym robak po chropawych deskach dziewczynę i starca
stojącego ponad nią z groźnie wyciągniętą ręką, w której
dzierżył krucyfiks. Niczego nie pojmowali z owej sceny. Mniemali
tylko, iż doktor oszalał, i że muszą uwolnić od niego
dziewczynę.
Krąg
groźnych postaci zacieśniał się wokół tych dwojga. Naraz bosman
skoczył – z nagła i niespodziewanie – pomiędzy mnicha, a
dziewczynę. Zasłonił ją swoim ogromnym, zwalistym cielskiem. I
wtedy ona, w chwili, gdy jej ruchów i woli nie krępował już widok
krzyża, podniosła się, wyprostowała i rozkazała tym, którzy
stali obok:
– Zabierzcie
mu ten przedmiot! Bez niego zaraz straci moc! Znów będzie słabym i
bezbronnym starcem!
Jeden
z marynarzy posłusznie podbiegł ku mnichowi, a schwyciwszy go jedną
ręką za gardło, drugą począł wydzierać krucyfiks. Lecz mimo że
staruch zsiniał i charczał, nie poluźnił chwytu. Im silniej ręce
marynarza zaciskały się na jego gardle, tym silniej palce wpijały
się w zbawcze drzewo krzyża. Wiedział, że jeśli pozwoli się
pozbawić tej swojej jedynej skutecznej obrony – przegra. Przegra
ostatnią walkę swego życia... Przegra całe życie...
Nieodwołalnie i ostatecznie...
Nadal
bezgłośnie poruszał wargami, nadal odmawiał modlitwy, o których
przez tyle lat nie pamiętał, którymi pogardzał, z których kpił.
Swoje myśli kierował ku Temu, którego zdradził, ze łzami w
oczach błagając o przebaczenie. Nie, nie bał się śmierci. Nawet
tej najokrutniejszej. Zbyt wiele ich w swoim życiu widział, zbyt
wiele zadał własnoręcznie, iżby strach przed nią miał nim
zawładnąć do końca. Przecież śmierć, konanie, choć straszne,
choć w męce, jednak da się znieść. A czego znieść by nie
potrafił?... Czego?...Nienawiści i smutku, i oddalenia, i pustki.
Ciemności i rozpaczy. Nie zniósłby braku Światła. Nie zniósłby
ustawicznego brodzenia w Ciemnościach Wiecznej Nocy, pośród tych,
którzy podobnie jak on sam przegrali wszystko i zmarnotrawili...
„Och!
Nie bądź Panie dla mnie sprawiedliwy, bo wobec Twojej
sprawiedliwości się nie ostoję. Bądź dla mnie miłosierny...”
To
już nie szept modlitwy wypowiadanej ustami, to wołanie duszy niosło
się ze środka pokładu statku zabłąkanego w bezkresie oceanu,
gdzie w okrąg niebo i woda zlewały się w jedno ze sobą.
Palce
na gardle zaciskały się silniej i silniej... Niby w odzewie, inne
palce równie silnie zaciskały się na kawałku drewna...
Skądś,
jakby z niezmierzonej dali, jakby spoza gęstego tumanu mgły
kłębiącej się wysoko nad ziemią, uszu mnicha dobiegł głos:
– Nie
szarpcie się ze staruchem! Za burtę za nim! Za burtę!
Poczuł
jak ręce, jak wiele rąk chwyta go i unosi, jak wloką ku burcie,
jak rozkołysują i z rozmachem ciskają w powietrze. Nie czuł
spadania. Odzyskiwał oddech i dopiero gdy pogrążył się w wodzie,
ta przywróciła mu pełną świadomość.
Przyjęła
go ciepła niczym dotyk matczynych rąk i życzliwa. Objęła całego
i obmyła. Z wszelkich brudów i złości, i win, jakie przylgnęły
do tego ciała i do tego umysłu.
Zrazu
pogrążał się w niezgłębionej toni, lecz później jednak
kilkoma gwałtownymi ruchami rąk i nóg sprawił, że wypłynął na
powierzchnię. Popatrzył w kierunku statku, ale ten pędzony
wiatrem, który napinał mu żagle, był już daleko, bardzo daleko i
nawet najzręczniejszy pływak nie mógłby go dopędzić. Ale
przecież stary człowiek nie miał tego zamiaru.
Oto
tu, oto teraz, sam jeden, zanurzony w błękicie wody mieszającej
się z błękitem nieba i w błękicie nieba mieszającego się z
błękitem wody, poczuł się wolny i... bezpieczny. Po raz pierwszy
od tylu lat, mając świadomość, że za kilka godzin – bo
przecież na więcej nie starczy mu sił, by płynąć – na zawsze
pogrąży się w odmętach, że za te kilka godzin przekroczy drugą
po granicy narodzin, granicę w bytowaniu człowieka – granicę
śmierci.
Chwile
mijały wolno, nieskończenie wolno, a on wciąż i wciąż sycił
się odzyskiwanym spokojem. Leżał na plecach, zapatrzony w
niezmierzone dale niebios. Przymknął oczy. Oto znów był małym
chłopcem. Widział – jakby z pewnej perspektywy, z pewnego
oddalenia, czego pojąć nie umiał w żaden sposób – samego
siebie. Idącego, wspinającego się pod górę ulicą. Czuł uścisk
palców babki, która trzymała go za rękę. Wzdłuż chodnika
ciągnął się rząd strzelistych włoskich topoli. Przyjemny,
rzeźwy chłód letniego poranka. Zieleń drzew. Kłębowisko
zieleni. Gęsta murawa cała poprzetykana stokrotkami i jaskrami.
Leży na niej, czuje jej chłód i jej miękkość. Wiatr niesie
nitki babiego lata. Biel, nieskalana biel śniegu. Chropawa, z lekka
podmarznięta wierzchnia warstwa, którą wczorajsze słońce trochę
nadtopiło, a nocny mróz znowu zestalił. Czuje ten chrzęst pod
stopami. Słyszy go. Niespodziane pragnienie – nabrać pełną
garść śniegu i zanieść do ust. Poczuć jak rozpuszcza się,
lodowatym strumyczkiem spływając poprzez przełyk, poczuć jak
drętwieją oblepione nim zęby. Choinka przystrojona, rozjarzona
dziesiątkami chybotliwych płomyczków świec. Pachnie lasem.
Pachnie żywicą. I ten żal... Ten ogromny żal, że owa piękna,
wonna choinka umiera, że minie ledwie kilka dni, a osypie się z
igieł. Obrazy zmieniają się jeden po drugim. Jeden po drugim...
Całe
życie od momentu, który jako pierwszy utkwił mu w pamięci, aż po
tę ostatnią chwilę... Na nowo pojawiają się cierpienia i udręki.
Na nowo ból i wyrzuty. Na nowo bezsilność, ale już nie bunt, iż
czasu nie sposób zawrócić. Zamiast tego żal... Tylko żal... I
tylko smutek, że nie umiał powstrzymać, przekonać, przemóc, że
statek z demonem na pokładzie bezpiecznie pruje wody oceanu,
zmierzając ku odległemu lądowi. I tylko smutek, iż znowu, w mroku
i ciemności ludzka podłość i żądze wypełzną niczym robactwo,
które będzie się karmić zbrodnią i bluźnierstwem. Potwornością
i rozpustą. Że znowu wielu, bardzo wielu pójdzie za ułudą, w
zamian za miraże i obietnice spełnionego szczęścia przykrojonego
na miarę doczesności. W zamian za obietnicę mądrości i wiedzy,
bogactwa, rozkoszy odepchnie to, co ma jakąkolwiek wartość w życiu
– odepchnie Miłość. Ile jeszcze istnień? Ile żądz? Ile
pragnień? Ile krwi? Kiedy wreszcie wyschnie do dna strumień czasu,
oddając swą ostatnią kroplę Oceanowi Wieczności? Kiedy wreszcie
wraz z czasem ustąpią i ból, i pragnienia nieziszczalne, i łzy, i
żądze. Kiedy nadejdzie ta chwila, gdy nie będzie już
niespełnionych snów, ułudnych rojeń? Kiedyż to wreszcie Szatan
odejdzie spośród nas, na zawsze, pokonany?
Ale
na żadne z owych – w ostatniej godzinie życia, pytań lęgnących
się w jego mózgu – nie umiał jeszcze znaleźć odpowiedzi.
Jeszcze wiedza i mądrość nieskrępowane czasem i przestrzenią,
nieogarnione i wieczne, były zakryte dla jego umysłu.
Wszakże
jedno wiedział przecież. I wiedział na pewno, że darmo Szatan
zwodzi i uwodzi. Darmo kusi i sprawia, iż ludzie zmieniają się w
bestie. Tchórz. Lęka się przyznać, przyznać sam przed sobą, że
tę walkę, którą od wieków prowadzi – lub tylko zdaje mu się,
że prowadzi – przegrał w momencie, gdy ją wypowiadał.
Czy
nienawiść może aż tak zaślepić? Czy aż tak? Jak to się
dzieje, iż umysł przeznaczony właśnie do wolności, sam, nie
przymuszany, wybiera zniewolenie? Kajdany jednej jedynej myśli
przenikającej go zawsze i do końca.
I
wiele jeszcze rozmaitych myśli przelewało się przez mózg starego
człowieka spoczywającego nieruchomo na falach, zapatrzonego w
nieskalany nawet jedną chmurką błękit nieba i ze spokojem i
nadzieją czekającego na ostateczne wyzwolenie. Na tę, która
wyciszy wszystko, ukoi i nareszcie obdarzy spokojem. Już czuł ją.
Czuł, że śmierć nadchodzi. Uśmiechał się do niej, przymykając
powoli powieki i szepcząc:
– Prędzej,
prędzej! Wyzwól mnie wreszcie z więzów tego ciała, które
służyło mi tylko ku czynieniu zła...
A
ona zmierzała ku niemu obłym kształtem, prując grzbiety fal
błękitnawozielonego oceanu. Wychylała się z głębin, krążyła
wokół. Czekała sposobnej chwili, by uderzyć. By jednym celnym
uderzeniem wydrzeć ostatni dech z piersi starego człowieka...
*
* *
A
kędyś hen, daleko, poza horyzontem, Bafomet – Pan Sabatów, stał
na rufie, zapatrzony w przestrzeń. Czuł całą gorycz porażki i
upokorzenia. Oto przegrał z kimś, kto – zda się – był już
jego własnością na wieki... na wieki...
Nie,
tego nie mógł darować. Tego nie mógł wybaczyć. Zemsta musiała
się dopełnić. Zemsta?... Czy zemsta? Czy tak to właśnie
odczuwał?... Nie, owo było inaczej... Jakoś inaczej...
Nie
potrafił nazwać uczucia, które kazało mu wciąż jeszcze
prześladować starca, który i tak, za niewiele chwil, pogrążyłby
się w niezgłębionej otchłani oceanu, by nigdy więcej nie
zaczerpnąć już powietrza w płuca, ani nie nasycić oczu
słonecznym blaskiem. Zemsta?... Nie, to była żądza. Żądza zła
i krwi przypisana do jego natury. Żądza zadawania bólu. I wypluł
ją z siebie i rzucił w odmęty, i dosięgnął nią rekina, a
wstąpiwszy w jego potężne cielsko, popłynął tam, gdzie na
falach unosiło się bezbronne ciało starca.
*
* *
Ból,
ostry, przenikający ból. Skąd ten ból? Tam z boku trójkątna
płetwa przecięła powierzchnię wody... Ból rozrywanych mięśni,
kruszonych kości... Potworny, nieznośny ból...
Plama
krwi rozszerzająca się dookoła. Coraz większa i większa. Nowy
atak, nowy ból. Już ostatni. Po nim nicość. Czerń pustki.
Bezdenna, zda się, otchłań, niosąca go z zawrotną prędkością
ku czemuś... Ku czemu?...
Jasne,
złocistobiałe światło rozjarzyło się na końcu czarnej
otchłani. I już wiedział. Teraz już wiedział. Już nie musiał
wierzyć, że zostało mu wybaczone...
A
rekin czas jakiś jeszcze miotał się w wodzie niby oszalały.
Rozbryzgując ją i młócąc ogromnym ogonem. Aż wreszcie
zanurkował, a gdy wypłynął, wolny był już od tego, co opętało
bezrozumne cielsko.
*
* *
Na
pokładzie płynącego statku, który coraz bardziej i bardziej
zbliżał się ku zamieszkałym lądom, załoga pijana i oszalała,
pławiąca się w krwawej orgii, tańcząca wokół pięknej,
delikatnej dziewczyny, siedzącej pośrodku tanecznego kręgu na
wielkim zwoju konopnych lin, na prawo i na lewo ślącej uśmiechy.
I
naraz piękno jej postaci jęło mętnieć... I na zwoju lin nie
siedziała już ta, którą ongiś zabrali z zagubionej wyspy...
Koźlogłowy stwór o poskręcanych rogach, spomiędzy których
strzelał w górę, mieniący się rozmaitymi barwami, płomień, w
kształcie hebrajskiej litery szin, po kolei, każdemu z nich,
z tańczących, którzy nagle umilkli i zamarli w bezruchu, spoglądał
w oczy, przewiercał się przez nie, sięgał głębin dusz,
wsączając w nie jad swego smutku, swojej rozpaczy, swojej
nienawiści i swego zwątpienia...
A
oni pod wpływem owego spojrzenia kulili się i drżeli niczym psy
smagane batem, a potem upadli na twarze, oddając mu pokłon...
________________________________
________________________________
1
Odejdź Szatanie! Idź precz ode mnie, Szatanie!
(łac.)
Copyright © 2017 Wydawnictwo Armoryka
All rights reserved.