czwartek, 30 sierpnia 2018

LEGENDY SANDOMIERSKIE (13) - Salve Regina

Salve Regina


Gdy Tatarzy wyrąbali drzwi kościoła św. Jakuba i gdy mieczami siec poczęli mnichów, śpiewających pieśń witającą Królową Nieba, pieśń Salve Regina, oto wół, leniwie dotąd żujący siano w klasztornej stajence, jakby zwietrzywszy krew mordowanych, czy może w inny sposób wyczuwając tragizm sytuacji, przerażony uderzył raz i drugi kopytem w drzwi zagródki, zbite z koślawych tarcic sosnowych, aż puściły zawiasy, a potem, oszalały, pędem pobiegł za miasto, drogą ku Krakowowi, aż dopadł wysokiego kurhanu, na zboczu którego wyrył rogiem pierwsze słowa pieśni śpiewanej przez umierających dominikanów: SALVE REGINA...


Kurhan Salve Regina w Sandomierzu, fot. Elżbieta Sarwa (kwiecień 2009)

* * *

Inna wersja legendy głosi, że napis, do niedawna jeszcze znajdujący się na zboczu pagórka, wypalili prochem konfederaci barscy. 

Tak, czy inaczej był on tam przez stulecia, a odnawiali go klerycy miejscowego seminarium duchownego, potem przewodnicy sandomierskiego PTTK by nie zarósł trawą, aż i ten zwyczaj poszedł w zapomnienie...


© Andrzej Juliusz Sarwa 2018


Książkę w wersji papierowej można kupić tutaj:


Książkę w wersji elektronicznej (epub, mobi) można kupić tutaj:

Ósmy dzień tygodnia. Rzeczy ostateczne człowieka i świata. Eschatologia Kościoła Wschodniego. (4)

Wolność człowieka i jej skutki


Zjawisko śmierci było nieznane pierwszym ludziom, którzy – jak to wiemy z tego, co napisano wyżej – żyli bezpiecznie w Raju, wiodąc życie błogosławione, życie, któremu obce było zło w jakiejkolwiek postaci, posiadając takie samo dostojeństwo jak aniołowie, będąc jednak o wiele bliżej Boga niż owe święte duchowe istoty.

Św. Jan Złotousty życie Adama w Raju opisał tymi słowy:

„[Gdy] Aniołowie drżeli, Cherubinowe i Serafinowie nie ośmielali się spojrzeć wprost [na Boga], on [Adam] rozmawiał z Bogiem, jak przyjaciel z przyjacielem”.1

A było tak dlatego, że Bóg, stwarzając człowieka na Swój obraz i podobieństwo zagwarantował mu od początku nieśmiertelność i ową nieśmiertelnością go obdarował, choć nie była ona „bezwzględna”, „absolutna”.

O tym, iż Bóg od początku przeznaczył człowieka do nieśmiertelności, świadczy fakt, że darował mu „substancję2 duszy”, aby mógł być „na zawsze nieśmiertelny”. Dusza jest stworzeniem Boga – bezcielesnym, rozumnym i nieśmiertelnym z natury i jako taka przewyższa materialne ciało i daje mu życie.

Ciało natomiast – także stworzone przez Boga – w Jego zamyśle mogło zarówno podlegać skażeniu jak też pozostawać nieskażone. O tym zaś, jakie ono miało być, decydował stan duszy.


Jan Brueghel (1568–1625), Raj, źródło: Wikimedia Commons

W tym miejscu należy raz jeszcze mocno podkreślić i uwypuklić fakt, że pełnym człowiekiem jest dopiero dusza połączona (zjednoczona) z ciałem. Ciało bez duszy istnieć bowiem nie może, a dusza – chociaż może egzystować bez ciała, to jednak sama nie posiada pełni człowieczeństwa, podlegając wielu ograniczeniom, ponieważ bez ciała nie może działać w sposób właściwy człowiekowi.

Co zatem wynika z powyższego?

Ano to, że Bóg nie przeznaczył człowieka (mowa tu o „pełnym” człowieku, czyli o duszy zjednoczonej z ciałem) ani do bezwzględnej nieśmiertelności, ani do bezwzględnej śmiertelności.3 Św. Teofil Antiocheński tak ujął tę kwestię:

„On [Bóg] nie stworzył go [człowieka] ani śmiertelnym, ani nieśmiertelnym, lecz (...) stworzył go zdolnym do jednego i do drugiego; ażeby, jeżeli skieruje się on do tego, co prowadzi ku nieśmiertelności, wypełniając przykazanie Boże, otrzymał od Niego w nagrodę za to nieśmiertelność i uczynił się bogiem (według Łaski); jeżeli zaś skłoniłby się ku uczynkom śmierci, nie będąc posłusznym Bogu, sam (człowiek) byłby winny swojej śmierci. Albowiem Bóg stworzył człowieka istotą wolną i samowładną”.4

Św. Grzegorz z Nyssy poucza nas, że w Raju stworzono dla człowieka dwie możliwości: możliwość śmierci i możliwość nieśmiertelności, czy też wiecznego życia. W Raju posadzono bowiem dwa drzewa – drzewo, które wydawało owoce życia, oraz drzewo, które rodziło śmierć. 5

Tak więc nieśmiertelność zaproponowano człowiekowi jako możliwość, ewentualność, gdybyśmy zatem w sposób dobry i właściwy wykorzystali naszą wolność, osiągnęlibyśmy życie wieczne w ciele, bo jak to już było kilkakroć akcentowane, w zamyśle Bożym człowiek (z ciałem i duszą) nie był zdeterminowany ani do śmiertelności, ani do nieśmiertelności, lecz został usposobiony do przyjęcia tak jednego, jak i drugiego. 

Niezwykle istotne – a właściwie najistotniejsze – jest dla człowieka poznanie Boga, bo to właśnie decyduje o życiu i śmierci. Wybór bowiem mamy jeden i nie ma innej alternatywy: Bóg albo piekło.6

Andrzej Juliusz Sarwa

_______________________________________________

1Свт. Иоанн Златоуст. Беседа «В следующий день...», 1// Творения. T. 12 Ч. 1 C. 297. cyt. za: Н. Василидис, Таинство смерти..., s. 50. 
2Hipostazę. 
3Przymiotem nieśmiertelności obdarzona jest wyłącznie dusza ludzka. 
4Свт. Феофил Антёхийский. K Aвтолику. Кн. II, 27 // Указ. соч. C. 489-490, cyt. za: Н. Василидис, Таинство смерти..., s. 52. 
5Czyli drzewo poznania dobra i zła; por.: Cвт. Григорий Нисский. Беседа на Песнь песней, 12 // Tворения. T. 39. Ч. 3. C. 301, cyt. za: Н. Василидис, Таинство смерти..., s. 52. 
6Lessons From the Fathers on Eternal Life [w:] Missionary Leaflet, s. 1- 2. 

© Andrzej Juliusz Sarwa 2018



Książkę w wersji papierowej można kupić

za granicą:

Książkę w wersji elektronicznej (epub, mobi) można kupić tutaj:

środa, 29 sierpnia 2018

Ósmy dzień tygodnia. Rzeczy ostateczne człowieka i świata. Eschatologia Kościoła Wschodniego. (3)

Kim jest Szatan i skąd się wziął?


Nauka chrześcijańska mówi, że Szatana oczywiście stworzył Bóg, ale nie jako istotę złą, lecz jako dobrą – najwspanialszego, najpiękniejszego i najmędrszego z aniołów i postawił go, na czele wszystkich zastępów niebieskich nadając mu cudowne imię: Lucyfer – Nosiciel Światłości. Imię, które dopiero później nabrało pejoratywnego wydźwięku.1

A zatem Szatan jest aniołem. Słowo to pochodzi z greki („angelos”) i dosłownie znaczy „zwiastun”, „posłaniec”. Jak nas poucza teologia chrześcijańska, aniołowie są bezcielesnymi duchami posiadającymi rozum i wolną wolę. Duchy owe są pomocnikami i wysłannikami Boga. Niektórzy z nich są jako „anioły stróże” przydzieleni tak poszczególnym ludziom, jak i całym narodom na opiekunów. Pismo Święte i Tradycja przekazały nam imiona niektórych aniołów: Michała, Rafała, Gabriela, Uriela, Serafiela, Jehudiela, i Barachiela.2

Ale Lucyfer jako ów dobry anioł, w hierarchii niebieskiej ustępujący miejsca tylko Bogu samemu, będący istotą duchową obdarzoną rozumem i wolną wolą, popadł w pychę i na jej skutek zgrzeszył, co znaczy – mówiąc prostszymi słowami – odrzucił prawo i zwierzchność Bożą. Mało tego, doszedł do przekonania, że jest równy Bogu i dlatego nie musi mu służyć. W ten właśnie sposób stał się ojcem wszelkiego zła.3

Nie tylko, że sam odwrócił się od Boga, to jeszcze na dodatek podburzył do buntu zastępy innych aniołów, które skuszone obietnicami, jakie im zaprezentował, jemu dały posłuch i po jego opowiedziały się stronie, stając się tym samym ze świętych i dobrych aniołów – demonami.4

„Niektóre z tych duchów [Aniołów] uległy pokusie szatana, zbuntowały się przeciw Bogu i przemieniły się w duchy zła. Ukarane za to wraz ze swoim wodzem, Lucyferem, zostały strącone do otchłani i stały się aniołami ciemności, demonami, diabłami”.5


Gustave Doré  (1832-1883), Szatan (1866), źródło: Wikimedia Commons

Zbuntowani Aniołowie, wraz ze swoim przywódcą – Lucyferem, utworzyły własne królestwo, które jest w ustawicznym stanie wojny z Królestwem Bożym.

Skoro wcześniej zaprezentowałem, co na temat aniołów mówi teologia, sądzę, że wypada wspomnieć, jak ona definiuje postać Szatana.

Szatan nie jest bynajmniej postacią mityczną, lecz realnym osobowym bytem. Mimo iż jest on przeciwnikiem Boga, to w najmniejszym nawet stopniu nie jest jego rywalem. Dlaczego? Otóż dlatego, że jako istota przez Boga stworzona i skończona, jest całkowicie podległa Najwyższemu, chociaż Pan Bóg pozwala mu korzystać z wolnej woli, jaką został obdarowany w chwili stworzenia. Tak więc zło, którego ojcem i reprezentantem jest Szatan, również ma charakter i czasowy, i skończony.

Wspomnę jeszcze o sługach i podwładnych Lucyfera, innych zbuntowanych aniołach, którzy opowiedziawszy się po stronie pierwszego z aniołów, stali się demonami. W potocznym rozumieniu tego słowa są oni z reguły złymi duchami (absolutnie nie są to dusze zmarłych złych ludzi, jak to można wyczytać w niektórych popularnych publikacjach).

Owe złe duchy posiadają swoją hierarchię, której zwierzchnikiem jest Pierwszy Buntownik.

Biblia mówi nawet o królestwie złych duchów6, które znajduje się w stanie ustawicznej walki z Królestwem Bożym i zagraża ludziom, starając się ich nakłaniać do grzechu, szkodząc im na najrozmaitsze sposoby, nawet poprzez opętanie opanowując niektórych z nich. Ale – w tym miejscu raz to jeszcze podkreślę – zło ma charakter skończony i czasowy.

Otóż z tejże przyczyny całkiem spora część współczesnych ludzi albo bagatelizuje osobę Szatana, usuwając ją w cień, niejako wymazując ze świadomości, albo wyraźnie głosi, że Szatan jako inteligentna i wolna osoba duchowa w ogóle nie istnieje.

Prawosławny chrześcijanin nie powinien jednak lekceważyć Szatana, ale przeciwstawiać się mu z całych sił.

„Nil Synaita doradza, by być »łagodnym wobec ludzi, ale zadziornym wobec wroga naszego, bo na tym właśnie polega naturalne wykorzystanie gniewu: aby z wrogością przeciwstawiać się staremu wężowi«. I jeszcze: „Kto ma w sobie zawziętość wobec demonów, ten nie ma zawziętości wobec ludzi”.7

Zgodnie zatem z ortodoksyjną nauką diabła należy rozumieć tak, że nie jest to bynajmniej brak dobra, lecz realna, określona, osobowa siła, że to istota duchowa, z gruntu zła i zdeprawowana, która nieustannie dybie i czyha na człowieka, pragnąc go za wszelką cenę zdeprawować i doprowadzić do takiego stanu, w jakim sama się znajduje.

Szatan i jego zwolennicy po buncie przeciwko Stwórcy zostali ukarani przez pozostałą, wierną Bogu część aniołów, będącą pod dowództwem Archanioła Michała. Szatana przepędzono z Raju. Lecz rychło – ciągle przepełniony nienawiścią – znalazł sobie nowe pole do działania. Gdy udało mu się zwieść pierwszych rodziców: Adama i Ewę w Edenie, sprawiając, że zgrzeszyli (przez co zostali ukarani dziedzicznym prawem śmierci), toczy wojnę przeciwko Bogu w ludziach i poprzez ludzi. Choć wie o tym doskonale, że nigdy nie uda mu się pokonać swego Przeciwnika i że kiedyś nadejdzie kres tej rzeczywistości, a on sam odejdzie do piekła na nieskończoność wraz z demonami i ludźmi, którzy swym złym życiem opowiedzieli się po jego stronie, wciąż próbuje atakować Królestwo Niebieskie. Szatan bowiem ciągle ziejący nienawiścią do wszystkiego, co dobre, sam przez tę nienawiść jest opętany.


Rafael Santi  (1483–1520), Św. Michał pokonuje Szatana, Źródło: Wikimedia Commons

Ale Szatan to nie tylko przeciwnik Boga (chociaż skończony i absolutnie Mu nierówny i podlegający jak każde stworzenie), Szatan bowiem to kłamca i ojciec kłamstwa i „zabójca od początku”, który nakłonił serce Kaina do zbrodni. Działający najchętniej w ukryciu i atakujący z ukrycia. Doskonale wykorzystuje ludzkie namiętności, kierując je ku złu, ku totalnej negacji dobra. Wpływając pośrednio lub bezpośrednio na umysł człowieka podsuwa mu, że wszelkie nakazy i zakazy dane ludzkiemu rodzajowi przez Boga, wcale nie zostały dane dla jego dobra, lecz stanowią tylko dyby, które bezwzględnie powinno się zrzucić. A więc według Szatana, aby być szczęśliwym, należy żyć odwrotnie, niż nakazuje to Dekalog – czyli: mieć innych bogów niż Bóg, kraść, zabijać, cudzołożyć... I tu może zrodzić się pytanie: No dobrze, skoro wpływ Szatana jest tak ogromny, a on sam jest nieomal wszechobecny, posługując się upadłymi istotami – demonami, to dlaczego nie sposób dostrzec go bezpośrednio?

Otóż to nieprawda, że świat zła przenikający nasz świat nie da się nigdy dostrzec bezpośrednio, ponieważ Szatan i demony – chociaż dość rzadko, to jednak manifestują się przez opętania. No właśnie, dość rzadko. Dlaczego? Ponieważ Szatan woli by pomiędzy popełnionym złem, a jego osobą nie postrzegano związku. Szatan woli być anonimowy. Ba! On jest najszczęśliwszy, kiedy uda mu się sprawić, że ludzie przestają wierzyć w jego istnienie! Bo wtedy właśnie najłatwiej mu ich zwodzić i atakować.

Mało tego, Szatan może zniewalać nie tylko jednostki, lecz nawet całe grupy ludzkie. Przecież jednak ojciec wszelkiego zła jest ograniczony i skrępowany w swym działaniu skierowanym przeciw człowiekowi przez to, iż może go tylko kusić, ale nie ma absolutnie żadnej możliwości, by – bez mniej, czy bardziej świadomej zgody – zawładnąć wolą człowieka i przymusić go do popełnienia grzechu. W tym miejscu jednak uwaga: otóż Szatan może z człowiekiem walczyć, może go doświadczać różnorodnymi udrękami, chociaż nie ma możliwości opanowania jego woli.

Niemniej, jeśli człowiek da mu powód po temu, może z nadarzającej mu się okazji skorzystać. Św. Antoni Wielki tak to obrazowo przedstawia:

„...kto, zostawiając świat, zatrzymuje przy sobie choćby jakąś cząstkę majętności, demony okryją go ranami i rozszarpany upadnie w boju z pokusami”.8

Andrzej Juliusz Sarwa
__________________________________________________

1A. J. Sarwa, O Szatanie, czarach, opętaniu i czcicielach Złego, Tarnów 1993, s. 5.
2K. Rahner, H. Vorgrimler, Mały słownik teologiczny, Warszawa 1987, s. 11, oraz: O Aniołach świętych, [w:] „Bratczyk”, Nr 229, Listopad 2000; por. też: Żywoty świętych. Księga trzecia. Listopad, Lublin 1998, cz. I, s. 139-146; por. też: Alexender (Mileant) Angels Blessed Messengers of God, [w:] Missionary Leaflet 14E, Los Angeles 1996, s. 1-6
3A. J. Sarwa, O Szatanie..., s. 6.
4Tamże.
5O Aniołach świętych..., s. 3.
6Mk 3, 22-26.
7Sakrament spowiedzi. O grzechach jawnych i tajnych namiętnościach duszy. Wyjątki z książki Archimandryty Łazarza, [w:] Bratczyk, Nr 196, marzec 2000, s. 20.
8Żywot i pouczenia św. Antoniego Wielkiego, Hajnówka 2000, s. 16.g
© Andrzej Juliusz Sarwa 2018


Książkę w wersji papierowej można kupić

za granicą:

Książkę w wersji elektronicznej (epub, mobi) można kupić tutaj:

wtorek, 28 sierpnia 2018

Ósmy dzień tygodnia. Rzeczy ostateczne człowieka i świata. Eschatologia Kościoła Wschodniego. (2)

Człowiek

Zgodnie z nauką Cerkwi Prawosławnej człowiek nie pojawił się na ziemi przypadkiem i nie dzięki jakimś nieokreślonym „siłom natury”, lecz jest stworzeniem Bożym, o czym jasno mówi Pismo Święte:

„A wreszcie rzekł Bóg: «Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam. Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi!»

Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę”. (Rdz 1, 26-27 BT1)


Peter Paul Rubens (1577-1640), Adam i Ewa w Raju (ok. 1597 r.), źródło: Wikimedia Commons

Jasne stwierdzenie, iż nasze materialne ciało zostało stworzone przez Boga z prochu ziemi, posiada życie dzięki Jego tchnieniu, a istnieje dzięki opiece Najwyższego, znajdujemy także w innych miejscach Biblii:
„Gdy Pan Bóg uczynił ziemię i niebo, nie było jeszcze żadnego krzewu polnego na ziemi ani żadna trawa polna jeszcze nie wzeszła – bo Pan Bóg nie zsyłał deszczu na ziemię i nie było człowieka, który by uprawiał ziemię i rów kopał w ziemi, aby w ten sposób nawadniać całą powierzchnię gleby – wtedy to Pan Bóg ulepił człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia, wskutek czego stał się człowiek istotą żywą”. (Rdz 2, 7 BT)

albo:

„Kto Jemu zlecił ziemię, a kto założył cały świat? Niech tylko zwróci uwagę, niech życie i tchnienie odbierze, a wszelkie ciało zginie i człowiek w pył się obróci”. (Hi 34, 13-15 BT)

Stworzenie człowieka to nie przypadek, kaprys czy zachcianka, lecz wspaniałe dzieło miłości Bożej, niepojęte dla ludzkiego rozumu.

Mimo iż ciało ludzkie jest materialne, a zatem śmiertelne i zniszczalne, o czym można dowiedzieć się z kart Pisma Świętego – „Pan stworzył człowieka z ziemi i znów go jej zwróci...”. (Syr 17, 1 BT), to przecież jest ono cenne, ponieważ Bóg stworzył człowieka na Swój obraz i podobieństwo. Dlatego nikt prócz Boga, nie ma prawa rozporządzać ludzkim życiem, zgodnie z tym, co pisze natchniony autor: „[Jeżeli] kto przeleje krew ludzką, przez ludzi ma być przelana krew jego, bo człowiek został stworzony przez Boga”.(Rdz 9, 6 BT)

Człowiek jest ciałem i duszą (to znaczy: jest istotą psychofizyczną, złożoną z ciała i duszy), ciało zaś ludzkie jest cenne i dlatego także, iż stanowi miejsce życia duszy, czy też mieszkanie duszy. Słowo Boże określa materialne ludzkie ciało mianem „domu”, „świątyni”, bądź „odzienia” duszy.

Człowiek, taki jakim go stworzył Bóg, stał się więc ogniwem pośrednim pomiędzy światem duchowym a światem materialnym, Stwórca zaś wyznaczył mu misję doprowadzenia całego stworzenia2 do wspólnoty z Bogiem, jak mówi św. Maksym Wyznawca.3

Zatem człowiek, ze swym śmiertelnym ciałem oraz ze swą niematerialną, rozumną i nieśmiertelną duszą, należy do dwóch porządków – zarówno do świata materialnego, jak i do świata duchowego. Człowiek stanowiący jedność psychofizyczną mieszka w świecie jako jedna, niepodzielna istota, mimo iż dusza, związana z ciałem i działająca poprzez ciało, sama nie jest cielesna, a jako taka, sama, bez łączności z ciałem, nie ma możliwości działania w porządku materialnym. Ciało można zobaczyć, dotknąć, posłyszeć, dusza natomiast jest niedostępna dla naszych zmysłów.4

Dusza zjednoczona z ciałem ma własną naturę, zupełnie różną od natury ciała, naturę, która ma właściwe sobie dążenia i cele. Niemniej jednak pełny człowiek istnieje jako jedna duchowo-cielesna istota. Tak jak samo ciało nie jest pełnym człowiekiem, także i sama dusza nim nie jest.

Człowiek od chwili stworzenia stał się nieodmiennym przedmiotem bezwarunkowej miłości Bożej i Jego Opatrzności, a Bóg uczynił go panem ziemi i „koroną stworzenia”.

Pierwszy człowiek, Adam, żył w pokoju i bez trosk. Obce były mu ból, kłopoty, łzy... Był podobny aniołom, przepełniony szczęściem. Adam mieszkał w Rajskim Ogrodzie, gdzie wszystko było cudowne i doskonałe, gdzie nawet klimat był łagodny i sprzyjał beztroskiej egzystencji.

Ale prócz tego Adam posiadał głęboką, nieskażoną mądrość oraz dar proroczy. Przejawem tej mądrości było to, iż nadał nazwy wszystkim zwierzętom.5 Adam, nie miał być w Raju do końca sam, jako jedyna ludzka istota. Oto Bóg miłujący człowieka, uśpiwszy go, wyjął jedno z jego żeber i ukształtował z niego drugą ludzką istotę – kobietę, którą przydał za towarzyszkę Adamowi, a on ujrzawszy ją, wypowiedział te oto słowa:

„Ta dopiero jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała! Ta będzie się zwała niewiastą, bo ta z mężczyzny została wzięta6” (Rdz 2, 22 BT)

Pierwszy człowiek prócz radości i szczęścia, będących rezultatem pozbawionej jakichkolwiek trosk egzystencji, największą radość i rozkosz czerpał ze swej społeczności z Bogiem, którego głos słyszał i z którym obcował w Ogrodzie Rajskim. Wiódł zatem życie spokojne, czyste, bezpieczne, radosne, nieobciążone troską o byt, ani ciężką pracą, we wspólnocie z aniołami.

Niestety, ów cudowny stan nie trwał wiecznie, ponieważ do Raju, za sprawą diabła, zawitał grzech, a razem z grzechem śmierć. W tym miejscu należy przyjrzeć się bliżej temu nieprzyjacielowi Boga i rodzaju ludzkiego.

Andrzej Juliusz Sarwa
_____________________________________________

1BT – Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu, tzw. Biblia Tysiąclecia, Poznań-Warszawa 1990.
2A więc i mieszkańców Niebios.
3Bp Maximos (Aghiorgoussis), Wiara..., Lublin 1999, s. 38.
4G. Florovsky, The “Immortality” of the Soul, [w:] Missionary Leaflet # E95d, s. 1-15; por też: Alexander (Mileant) Glory to God for Evrthing [w:] Missionary Leaflet 33E, 1996, s. 1-3.
5Н. Василидис, Таинство смерти, Свято-Троицкая Сергиева Лавра 1998, s. 48.
6Przekład „niewiasta – mężczyzna” nie oddaje hebrajskiej gry słów isz (mąż), isza (niewiasta); Ks. Jakub Wujek S.J. oddał to lepiej, jako „mąż – mężyna”.
© Andrzej Juliusz Sarwa 2018


Książkę w wersji papierowej można kupić

za granicą:

Książkę w wersji elektronicznej (epub, mobi) można kupić tutaj:

niedziela, 26 sierpnia 2018

Ósmy dzień tygodnia. Rzeczy ostateczne człowieka i świata. Eschatologia Kościoła Wschodniego. (1)

Wstęp

Istnieje spora trudność w zaprezentowaniu prawosławnej eschatologii, wynikająca z faktu, iż nie została ona dokładnie usystematyzowana na podobieństwo eschatologii rzymskokatolickiej. Poszczególnych zagadnień nie definiują tutaj orzeczenia dogmatyczne Cerkwi, lecz zawarte są one gównie w teologumenach i opiniach teologicznych. Istnieje zatem możliwość pewnej dowolności w patrzeniu na poszczególne kwestie eschatologiczne.
Teologumena są to powszechnie przyjęte wypowiedzi Ojców Kościoła1 oraz wybitnych i świątobliwych nauczycieli, ogłoszone w czasie od powstania Kościoła aż po dziś dzień. Nie są to jednak opinie obowiązujące wszystkich wiernych, w sposób bezwzględnie wiążący, do wiary absolutnie zgodnej z owymi opiniami i poglądami. Teologumena obejmują m.in. naukę o grzechu pierworodnym, o łasce, o życiu pozagrobowym, kulcie maryjnym, przeistoczeniu (transsubstancjacji) w Sakramencie Eucharystii itp. Chociaż teologumena przyjmowane są przez wiernych i hierarchię duchowną na ogół bez zastrzeżeń, niemniej dopuszczalna jest pewna swoboda w ich interpretacji. Co się zaś tyczy opinii teologicznych, to są one wyrazem poglądów prywatnych, a zajmują się zagadnieniami spornymi, których dotychczas jeszcze nie rozstrzygnięto w sposób autorytatywny, takimi jak na przykład ważność sakramentów udzielanych w innych Kościołach niż Prawosławny.2
Zarówno teologumena, jak i opinie teologiczne formułowane są na podstawie przekazu Objawienia zawartego w dwóch źródłach: w Piśmie Świętym Starego i Nowego Testamentu (przy czym w Starym Testamencie, w Prawosławiu, nie ma wyraźnego, jasnego rozróżnienia pomiędzy księgami kanonicznymi a deuterokanonicznymi3, oraz w Tradycji Świętej4 (niezbędnej do interpretowania Biblii).5
Na temat eschatologii prawosławnej starokatoliccy autorzy, Szczepan Włodarski i Władysław Tarowski tak piszą:

W eschatologii (...) prawosławie poszło za opinią większości Ojców Kościoła pierwszych czterech wieków. Nie mówi wyraźnie o tzw. sądzie szczegółowym tuż po śmierci człowieka (chociaż przyjmuje tzw. sąd prowizoryczny), gdyż swą uwagę koncentruje na sądzie „ostatecznym”. Przyjmując więc zasadę nieśmiertelności duszy, umieszcza ducha zmarłego w „przedniebiu” lub w „przedpieklu”, czyli w jakimś stanie oczekiwania na sąd ostateczny. W przeciwieństwie jednak do rzymskokatolicyzmu prawosławie odrzuca opinię teologiczną o tzw. czyśćcu, czyli o miejscu męczarni dusz ludzi zmarłych z grzechami „lekkimi”6 lub z nieodpokutowaną karą za grzechy.7 Zdaniem prawosławia po śmierci nie można już sobie samemu niczym pomóc, a więc także cierpieniem, a kary za grzechy są odpuszczone tylko za życia razem z grzechami. Pomóc zmarłym mogą tylko żywi swymi modłami oraz ofiarami, wyjednywając łaskę miłosierdzia. Większość teologów prawosławnych uważa ponadto, że w „przedniebiu” czekają na „koniec świata” również dusze ludzi świętych, męczenników i Apostołów. To przekonanie posiada częściowo podstawę w księgach liturgicznych, a więc nie tylko w modłach za zmarłych w ogóle, lecz np. w modlitwach znajdujących się w anaforze eucharystycznej św. Jana Chryzostoma w tzw. Wielkiej Modlitwie wstawienniczej – po epiklezie. (Patrz: Metropolite Seraphim, L’Eglise Orthodoxe, Les dogmes, la liturgie, la vie spirituelle, Paris 1952, s. 71: „Ponieważ święci nie uczestniczą jeszcze w pełnej szczęśliwości, Kościół również za nich składa święte dary eucharystyczne”, Por. Nicolas Zernow, Wschodnie chrześcijaństwo, Z.W. Pax 1967 r., s. 175)”8
A oto słowa owej anafory z Liturgii św. Jana Złotoustego:

Aby te Dary dały przyjmującym je ożywienie duszy, odpuszczenie grzechów, uczestnictwo Świętego Twego Ducha, wypełnienie Królestwa Niebieskiego, świętość doskonałą, a nie sąd lub potępienie. Ofiarujemy jeszcze Tobie tę ofiarę duchową za tych, którzy z wiarą odeszli, za praojców, ojców, patriarchów, proroków, apostołów, kaznodziejów, ewangelistów, męczenników, wyznawców, pokutujących oraz za wszystkie dusze sprawiedliwych, którzy z wiarą odeszli”.9 A nade wszystko za Przenajświętszą, Przeczystą, Przebłogosławioną, Pełną chwały Panią naszą, Bogurodzicę i zawsze Dziewicę, Maryję”.10

Grecki biskup Maximos (Aghiorgoussis) w taki oto zwięzły, bardzo oszczędny, sposób ujmuje zagadnienie eschatologii prawosławnej:

Święty Duch Boga, działający poprzez Kościół i jego życie sakramentalne, prowadzi plan zbawienia w Chrystusie do ostatecznego wypełnienia. Ostateczna walka ze złem, które istnieje w świecie, zostanie stoczona tuż przed ponownym przyjściem Pana. Do tego czasu trwać będzie zmaganie z diabłem i mocami ciemności. Jest to normalny stan życia Kościoła, będącego zapoczątkowaniem Królestwa Bożego, które nie nadeszło jeszcze w pełni. W chrześcijańskiej eschatologii prawosławnej należy mówić o dwóch różnych stadiach: „sądzie częściowym”, „częściowej” – bądź „zrealizowanej” – eschatologii oraz o „sądzie ostatecznym” podczas ponownego przyjścia Pana – w końcu czasów.
Sąd częściowy – godzina naszej śmierci. Śmierć fizyczną, skutek grzechu pierwszego człowieka, którego wciąż doświadczamy, można postrzegać na dwa sposoby: negatywnie – jako rodzaj katastrofy, zwłaszcza dla tych, którzy nie wierzą w Chrystusa i życie wieczne w Nim; oraz pozytywnie – jako koniec procesu dojrzewania, który prowadzi nas do spotkania ze Stwórcą. Chrystus zniszczył moc „ostatniego wroga” – śmierci (por. 1 Kor 18, 26). Chrześcijanin, godzien tego miana, nie obawia się śmierci fizycznej, o ile nie wiąże się ona ze śmiercią duchową.
Sąd częściowy ma miejsce zaraz po śmierci fizycznej. Po nim znajdujemy się w przejściowym stanie częściowej szczęśliwości (dla sprawiedliwych) i częściowego cierpienia (dla niesprawiedliwych).
Odrzucając wiarę w czyściec, o którym naucza chrześcijański Zachód, Kościół prawosławny wierzy, że możliwa jest przemiana w czasie trwania tego stanu pośredniego. Kościół, walczący i triumfujący, pozostaje wciąż jeden, co oznacza, że możemy wzajemnie oddziaływać na siebie poprzez modlitwy i święte (bądź grzeszne) życie. To właśnie z tego powodu modlimy się za zmarłych.11 Ponadto, rozdawanie jałmużny w imię zmarłych, może być dla nich jakąś pomocą – oczywiście bez przekonania, że ci, którzy udzielają jałmużny w pewien sposób „kupują” czyjeś zbawienie.
Sąd powszechny – ponowne przyjście Chrystusa. W pierwszych wiekach chrześcijanie żyli w oczekiwaniu „Dnia Pana”, dnia Jego powtórnego przyjścia. Później Kościół uświadomił sobie, że czas ten jest znany jedynie Bogu, chociaż wciąż wskazywano znaki powtórnego przyjścia Chrystusa:

1. Ewangelia będzie głoszona na całym świecie (por. Mt 24,14; Łk 18,8; J 10,16);
  1. Żydzi nawrócą się do Chrystusa (por. Rz 11,25-16; Oz 3,5);
3. Przyjdzie Eliasz i wszystko naprawi (por. Mk 9,11);
4. Objawi się Antychryst z wieloma fałszywymi prorokami, którzy będą mu towarzyszyć (por. 1 J 2,10; 2 Tes 2,3; Mt 24,5);
5. Będą miały miejsce trzęsienia ziemi, wojny, choroby (por. Mt 24,6; Mk 13,26; Łk 21,25);
6. Świat zostanie zniszczony przez ogień (por. 2 P 3,5).
Wszystkie te znaki wystąpią we właściwej porze; bez nich koniec czasów nie nadejdzie.

Zmartwychwstanie umarłych jest cudem, który wydarzy się podczas drugiego przyjścia Pana. W Wyznaniu Wiary mówimy: „I oczekuję wskrzeszenia umarłych”. Zmartwychwstanie będzie nowym stworzeniem. Nasze fizyczne ciała – takie, jakie teraz posiadamy – zostaną odnowione i wejdą w stan uduchowionej egzystencji, podobnej do egzystencji Pana po Jego Zmartwychwstaniu.
Sąd ostateczny nastąpi po zmartwychwstaniu wszystkich. Według teologii szkolnej niektórzy powstaną do zmartwychwstania życia, a niektórzy do zmartwychwstania sądu i potępienia. Chrystus będzie Sędzią – weźmie pod uwagę nasze uczynki, dzieła miłości bądź akty niegodziwości.
W końcu nastanie nowe niebo i nowa Ziemia, zamieszkałe przez sprawiedliwych (por. 2 P 3,13). Królestwo Boga zapanuje w pełni, a Kościół przestanie istnieć. Ostatecznie Syn Boga przywróci Królestwo Bogu Ojcu, „ażeby Bóg był wszystkim we wszystkim” (1 Kor 15, 28)”.12
Nauka o sądzie częściowym, noszącym miano mytarstw, jest nauką tak charakterystyczną dla Cerkwi Prawosławnej, że aby ją objaśnić, posłużę się obszernym cytatem:
Mytarstwa – coś w rodzaju strażnicy czy urzędów celnych, które napotykają dusze zmarłych podczas wędrówki, wznoszenia się do Tronu Niebieskiego. Stoją tam duchy złości i pobierają od każdej grzesznej duszy swego rodzaju cło czy wykup, polegający na przeciwstawieniu grzechów i jakiegoś czynu dobrego. Nazwy: mytarstwa i celnicy zostały zapożyczone z historii żydowskiej. Tak nazywano osoby wyznaczone przez Rzymian do zbierania podatków. Do wykupienia brali oni zwykle te zebrane podatki, nie przebierali wówczas w środkach, by wyciągnąć dla siebie jak największe korzyści. Celnicy stali przy szczególnych miejscach celnych czy strażnicach i od przywożonych towarów pobierali cło. Te strażnice nazywały się mytnicami lub mytarstwami. Pisarze chrześcijańscy przenieśli tę nazwę również na miejsce tortur powietrznych, w których złe duchy zatrzymują dusze wznoszące się do Tronu Wiekuistego Sędziego. Złe diabły starają się potępić te dusze i strącić je do piekła. Istota nauki o mytarstwach zawarta jest w traktacie świętego Cyryla Aleksandryjskiego o wyjściu duszy, zamieszczanym zwykle w Psałterzu Uzupełnionym.
Podczas rozłączenia naszej duszy z ciałem – stwierdza się tam – staną przed nami z jednej strony Wojowie i Siły Niebieskie, z drugiej – władze mroku, powietrzni władcy – celnicy, demaskatorzy naszych czynów. Na ich widok dusza drgnie, zatrzepoce się, w zamieszaniu i strachu będzie szukać sobie obrony u Aniołów Bożych. Jednak nawet pod ich opieką spotka po drodze różne mytarstwa, które będą zagradzać przejście do Królestwa Niebieskiego i zatrzymywać ją. Na każdym z mytarstw żąda się rozliczenia ze szczególnych grzechów... Swoich celników i dręczycieli ma każda namiętność, każdy grzech. Obecne są przy tym i siły Boskie, i zastępy duchów nieczystych, i o ile pierwsze będą przedstawiać dobre uczynki duszy, te ostatnie – demaskują grzechy... Jeśli za pobożne i bogobojne życie zasłuży dusza na nagrodę, to przejmą ją Aniołowie i bez przeszkód trafi ona do Królestwa... I odwrotnie: jeśli życie upłynęło na zaniedbaniach i braku wstrzemięźliwości, to usłyszy dusza straszny głos: niech wynagrodzi cię nieprawy, niech nie ujrzy chwały Boskiej (Iz 26, 10); wówczas porzucają Aniołowie Boży i porwą straszne demony, które strącają do piekielnych czeluści’.
Widać z tego, że mytarstwa stanowią drogę nieuniknioną, po której wszystkie dusze ludzkie dokonują przejścia od życia ziemskiego do wiecznego. Na tej drodze każda dusza – w obecności Aniołów i demonów – zostaje poddana kolejnym i szczegółowym rozliczeniom, obrachunkom za wszystkie, dobre i złe, czyny. Dobre dusze na wszystkich mytarstwach zostają usprawiedliwione i oczyszczone, przez co trafiają do przystani w raju, grzeszne natomiast, obwinione za niegodziwość, zostają zatrzymane na którymś mytarstwie, po czym przez demony strącone do mrocznych miejsc przebywania. Są zatem mytarstwa jakby częściowym sądem, dokonywanym nad ludzkimi duszami przez niewidzialnego Samego Pana naszego oraz dopuszczonych do tego Aniołów i – z drugiej strony – oszczerców naszych braci (Ap 12, 10), złych duchów. Jest to sąd, na którym przypomina się duszy oraz bezstronnie ocenia wszystkie jej czyny i wyznacza znany jej los. Sąd ten nazywa się częściowym w odróżnieniu od ogólnego, który dokona się nad wszystkimi ludźmi przy końcu świata, kiedy Syn człowieczy znów w swojej chwale zstąpi na ziemię.
W żywocie świętego Bazylego Nowego przedstawione są szczegóły sądu częściowego, jaki ma miejsce na mytarstwach.13 Ale czytając te opisy, należy pamiętać, że jest to przedstawienie świata duchowego, które dla czytelnika, przyobleczonego w ciało, musi zawierać cechy dotyczące zmysłów. Należy więc koniecznie uwzględnić uwagę, jaką wystosował Anioł do wielebnego Makarego Aleksandryjskiego: „Rzeczy (przedmioty) ziemskie odbieraj jako najsłabsze odzwierciedlenie niebiańskich”. Mytarstwa należy przedstawiać nie w sposób prymitywny, zmysłowy, lecz – o ile się da – duchowy, bez zbytnich szczegółów, które różni pisarze i sama Cerkiew w różnych opowieściach – przy całym wspólnym ogólnym rozumieniu tej myśli – traktują różnie”.14

Chociaż powyższe cytaty pozwalają nam wyrobić sobie pogląd na temat eschatologii prawosławnej, to przecież, nawet w znikomym procencie, nie wyczerpują tematu. Dlatego niżej zajmę się poszczególnymi zagadnieniami wchodzącymi w zakres prawosławnej nauki o rzeczach ostatecznych człowieka i świata...


Andrzej Juliusz Sarwa

_____________________________________________
1Określeń „Kościół” i „Cerkiew” można używać zamiennie, ponieważ oznaczają to samo, z tym że określenie „Cerkiew” jest jakby „zastrzeżone” dla wschodniej gałęzi Kościoła Powszechnego.
2S. Włodarski, W. Tarowski, Kościoły chrześcijańskie, Warszawa 1968, s. 77-78.
3Deuterokanoniczne – powtórnie włączone do kanonu Biblii.
4Formami tradycji dogmatycznej w Prawosławiu są: Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu, nauki Ojców Kościoła, orzeczenia Wielkich Soborów (siedmiu powszechnych), wyznania wiary – Apostolskie, Atanazjańskie, i Nicejsko-Konstantynopolitański Symbol Wiary, orzeczenia niektórych późniejszych soborów wschodnich (jakie miały miejsce po zaistnieniu schizmy w 1054 r.), księgi liturgiczne, Kanony Kościoła (czyli prawo kanoniczne), wreszcie sztuka chrześcijańska (ikony, architektura) – por.: Bp Maximos (Aghiorgoussis), Wiara Kościoła [w:] oprac., Prawosławie. Światło wiary i zdrój doświadczenia, Lublin 1999, s. 28-34.
5S. Włodarski, W. Tarowski, Kościoły..., s. 78.
6Prawosławie zresztą nie zna rozróżnienia na grzechy „ciężkie, śmiertelne” oraz „lekkie, powszednie”.
7W prawosławiu inaczej niż w katolicyzmie, rozgrzeszenie kapłańskie w sakramencie pokuty nie tylko odpuszcza grzechy, ale i karę za nie.
8 S. Włodarski, W. Tarowski, Kościoły..., s. 81-82.
9Obrzęd Świętej i Boskiej Liturgii świętych Ojców naszych Jana Złotoustego i Bazylego Wielkiego, [w:] św. Jan Chryzostom, Wybór Pism. Modlitwy liturgiczne. Pisma o charakterze wychowawczym, Warszawa 1974, s. 99.
10Ciąg dalszy cytowanej anafory, cyt. za: A. Mień, Sakrament słowo obrzęd. Prawosławna Służba Boża, Łuków 1992, s. 62; por. też: Porównanie wyznań. Rzymsko-katolickiego, prawosławnego, ewangelicko-augsburskiego, ewangelicko-reformowanego, Warszawa 1988, s. 125.
11Н. И. Флоринский, Согласно ли съ Евангеліем действовалъ и училъ Лютеръ, Москва 1896, s. 139.
12Bp Maximos (Aghiorgoussis), Wiara..., s. 46-47.
13Te opisy zostały zamieszczone w dalszej części opracowania.
14Żywot świętego Bazylego Nowego. Mytarstwa świętej Teodory, Hajnówka 1999, s. 57-59.

© Andrzej Juliusz Sarwa 2018


Książkę w wersji papierowej można kupić

za granicą:

Książkę w wersji elektronicznej (epub, mobi) można kupić tutaj:

LEGENDY SANDOMIERSKIE (12) - Słowo o błogosławionym Sadoku...

Słowo o błogosławionym Sadoku-Przeorze i Czterdziestu Ośmiu Dominikańskiej Braci w Sandomierzu przez Tatarów okrutnie pomordowanych



Karol de Prevot (1670-1737), Męczennicy Sandomierscy,
źródło: Wikimedia Commons

Dzień wstał mroźny i rześki. Poza oknem celi przeora Sadoka, na tle białosiwego nieba, oświetlonego od wschodu szkarłatnozłocistą poświatą, rysowały się konary rozłożystej lipy oprószonej świeżo spadłym śniegiem. 

Do uszu zakonnika dobiegł głos sygnaturki, zwołującej mieszkańców świętojakubskiego klasztoru na poranną Mszę. 

– Ech, inaczej było przed laty! – pomyślał przeor, przywołując w pamięci dni młodości. – Inaczej, gdym jako nieopierzony młodzik udał się był, Anno Domini 1221, na kapitułę do Bolonii. Ileż zapału i ileż radości, ileż wdzięczności, gdy Ojciec Dominik posłał mnie i brata Pawła szczepić Zakon Kaznodziejski w ziemi węgierskiej i nieść światłość Panachrystusowej Ewangelii, Prawdy nie znającym, Kumanom. 

Spojrzał w okno napełniające się coraz większym blaskiem. Dzień się zaczął na dobre i całkiem widno się już zrobiło, mimo iż niebo jęły zasnuwać na nowo ciężkie śniegowe chmury, z których rychło poczęły bezszelestnie osypywać się grube i ciężkie płatki śniegowe, sfruwając przez niczym nie osłonięty otwór i osiadając na posadzce ułożonej z czerwonej cegły, kładzionej na sztorc ściśle jedna obok drugiej. 

Przeor podszedł ku oknu i założył je szczelnie sosnową ramą obciągniętą błonami ze świńskich pęcherzy. Wstrząsnął nim dreszcz, bowiem ziąb ciągnący z dworu przejął niemłode już ciało, wnikając – zda się – aż do samych trzewi. Opuściwszy celę, wędrując niespiesznie tonącym w półmroku klasztornym korytarzem, kierował się ku kościołowi, jednocześnie rozmyślając o minionych dniach, miesiącach, latach... 

Oto w umyśle pojawiły się obrazy przeszłości. 

Znów był złotoustym kaznodzieją, przyciągającym tłumy pogan, znów polewał wodą nisko pochylone głowy nowo nawróconych, wymawiając sakramentalne słowa formuły chrzcielnej. 

Wspominał dzień największego swojego triumfu, gdy do owczarni Jezusowej przywiódł i obmył z grzechów książąt tamtej ziemi: Bruchusa i Bembrocha z rodzinami i dworem. 

Ale oto napłynęło wspomnienie inne, wspomnienie rzezi, jaką Kumanom urządzili Tatarzy... Przed oczyma stawały mu ciała porżniętych dominikanów: Pawła i współbraci, leżące w kałużach parującej na chłodzie krwi, której ciemnopąsowa powierzchnia ścinała się, marszcząc przy tym lekko. 

Jego Pan Chrystus ocalił... Jego ocalił... Czemuż? Czyż nie prosił wówczas o koronę męczeńską także i dla siebie? Czyż nie pragnął ofiarować życia na ołtarzu Pana? Dla Pana i za Pana? 

Trzeba było potem opuścić ziemię Kumanów, bo nie miał już komu głosić Królestwa Bożego. Wrócił do ojczyzny, osiadł w sandomierskim, świętojakubskim klasztorze, wiodąc żywot cichy i skromny, budując Państwo Najwyższego inaczej zgoła niż tam, w odległej krainie, budując je codzienną mrówczą pracą, budując słowem głoszonym z kazalnicy, budując przykładem świątobliwego żywota, ale bez tak ciężkiej walki o dusze, które wcześniej przemocą wydzierać musiał ze szponów Szatana. 

Sadok przyzwyczajony był do bojowania przez te długie lata, więc skoro przyszło zamieszkać w Sandomierzu, czuł, że powoli gnuśnieje. Mniej tu było sposobności, iżby wykorzystać całe bogactwo, całą siłę charakteru. 

Tak, miał poczucie, iż gnuśnieje i bolał nad owym srodze, jednocześnie zaś tęskniąc za minionym, choć minione to także był trud i udręczenie, i sen na twardej ziemi, i chłód, i niejednokrotnie pusty brzuch... 

Nie buntował się przecież. Wiedział, iż taka jest wola Jezusowa, że skoro go tu przysłał, że sprawił, iż został przeorem, taki a nie inny zamysł miał wobec swego sługi, zatem sługa wolę Bożą musi wypełniać z pokorą... 

* * *

Wciąż daleki myślami od sandomierskiej powszedniości nakładał w zakrystii humerał, albę, stułę – oznakę kapłaństwa, ornat i manipularz. 

Szczupły, wysoki, o żółtawej, niezdrowej cerze, kleryk Medardus ukląkł na stopniach ołtarza, podczas gdy Sadok, uniósłszy w górę rozłożone ręce, szeptał modlitwy mszalne... 

Dzień zimowy, pochmurny dzień niczym nie różnił się od tylu innych, jakie w cichej, acz wytrwałej, wytężonej pracy upływały w sandomierskim, świętojakubskim klasztorze. 

Śnieg bez ustanku grubymi płatkami bezszelestnie osypywał się z obłoków na ziemię, wszystko wokół szczelnie okrywając niepokalaną białością. Przed wieczorem wypogodziło się i nawet na widnokręgu pojawiło się nieco słonecznego poblasku, który zresztą zaraz umknął przed gęstym mrokiem. Sadok, posłyszawszy, iż w grodzie uczynił się jakiś wielki ruch, wszedłszy do klasztornego ogrodu rozlokowanego na łagodnym skłonie Świętojakubskiego Wzgórza, spoglądał na sąsiednie – Zamkowe. Widział tak rycerzy, jak i pachołków, przebiegających spiesznie wąskie grodowe uliczki. 

– I cóż to się wydarzyło, że gród przypomina mrowisko, które niebaczny przechodzień roztrącił stopą? – pomyślał zakonnik. 

Postał jeszcze chwilę, a potem udał się – jak to miał we zwyczaju – do kościoła, by adorować i cześć oddawać Panu Jezusowi ukrytemu w Eucharystycznym Chlebie. Nikły, żółtawy poblask kaganka ledwie oświetlał tabernakulum i niewielki krąg posadzki tuż u stopni ołtarzowych. Ukląkł przeor, a skrzyżowawszy ręce na piersiach i nisko pochyliwszy głowę, pełnym żarliwości szeptem wypowiadał słowa modlitw. 

Długo musiał tak tkwić nieporuszony, skoro w kolanach i plecach zgiętych w pałąk – mimo iż przecież nawykłych do nabożnych ćwiczeń – poczuł ból i zmęczenie. I oto naraz posłyszał odgłos kroków, odbijających się echem od nagich ceglanych ścian korytarza, prowadzącego od kościoła ku celom klasztornym. 

Podniósł głowę i bacznie wpatrywał się w mrok, skąd po kilku chwilach wysunęła się postać ojca Piotra, furtiana, dzierżącego w wyciągniętej przed siebie i uniesionej dłoni długą smolną szczypę płonącego łuczywa. Za furtianem szedł jeszcze ktoś, ciężko stawiając stopy. Przeor natężył wzrok. Był to Piotr z Krępy, kasztelan sandomierski. Podźwignął się tedy z kolan leciwy przeor Sadok, a zbliżywszy się do przybysza, zapytał: 

– I cóż to cię sprowadza do mnie, o tak późnej porze, panie kasztelanie? 

– Dzisiaj przed wieczorem, świątobliwy ojcze, doszły nas wieści, iż Tatarzy, idą na Sandomierz... A miasto prawie bezbronne. Nie masz zbrojnych, prócz garstki rycerzy, bo reszta przy księciu panu, w Krakowie... 

– A zatem?... – zapytał przeor Sadok. 

– Cóż... Będziemy bronić grodu. Bez walki go nie poddamy... Wezmą go Tatarzy siłą, wola boska, ale nikt nie powie, żeśmy nie próbowali... 

– A miasto? – znów zapytał przeor, spoglądając Krępie prosto w oczy. Ten opuścił głowę na piersi i wyszeptał: 

– Miasta bronić nie będziemy długo... Bo i kim? Kim, skoro ludzi niedosyt... 

Krępa uniósł głowę i patrząc przeorowi prosto w oczy, dodał: 

– Wiesz, ojcze, co owo oznacza... Klasztoru także bronić nie będziemy... 

* * *

Sadok klęczał przed Ukrzyżowanym. Zaczerwienionymi z bezsenności oczyma wpatrywał się w Twarz Cierpiącego. Złocisto-szkarłatne refleksy płonącego łuczywa igrały po surowych murach, po owej Twarzy, sprawiając pozór życia w wyrzezanym z ciemnego drewna Zbawicielu. 

Za oknem był mrok. I w kątach celi też czaił się mrok. A pośród mroku słychać było oddech Kusiciela: 

– Uchodź, uchodź czym prędzej... – Oddech układał się w słowa. 

– Uchodź, uchodź czym prędzej... Czy warto tak głupio skończyć? – Oddech potężniał niczym fala wiosennej powodzi, uderzająca o ściany domostw wzniesionych na wiślanym brzegu. 

– I jakiż sens dać gardło? Jaki sens? Ileż jeszcze – żywy – mógłbyś zdziałać w świecie? Umrzeć nietrudno... Głupio umrzeć łatwo... Umrzeć z sensem, to sztuka nie lada!... 

A Chrystus Pan na Krzyżu w nieustającej męce Golgoty zakrył oczy powiekami. Twarz zastygła w boleści konania... Chciał Sadok odczytać radę z owej Twarzy, przecież daleka mu była teraz... Jakże daleka... Jak jeszcze nigdy w życiu... 

– Nie zostawiaj mnie, Panie, w rozterce! – Sadok uniósł ręce w błagalnym geście. – Nic zostawiaj samemu sobie! Czemuż wydajesz mnie na pokuszenie? Czemuż nie chronisz, czemu nie osłaniasz? 

Ale Jezus uparcie milczał. Tylko twarz wykrzywiła się w skurczu niesłychanej boleści. Jego udręka i pohańbienie sięgały krawędzi piekieł – na odkupienie wszystkich bez wyjątku przewin. Na obmycie wszelkiego brudu, na starcie każdego występku... 

– Zbierz braci. Skoro świt nadejdzie... zbierz braci. Uchodźcie, póki jeszcze można. Komuż pomoże to, iż dacie głowy? Komu? 

Jezus na Krzyżu już nie cierpiał. Twarz wygładziła się. Wpółotwarte usta zastygły w bezruchu. Skonał. 

* * *

Przeor odwrócił się od ołtarza. Jeszcze tylko jedno zdanie miał wyrzec: Ite missa est – Idźcie, msza skończona, a bracia poczną wychodzić z kościoła. 

Zawahał się. Poruszył wargami raz i drugi, ale nie wydobył z nich głosu. Aż wreszcie się przemógł, by rzec: 

– Wiecie bracia, że za dzień – dwa przybędą Tatarzy. Wiecie, że nie ma rycerstwa w Sandomierzu... Ot, garstka... Tyle tylko, by obsadzić grodowe wały... Miasta nikt nie będzie bronił... A jak miasta, to i klasztoru... Któż z was chce, może odejść... Poszukać bezpiecznego schowu... Nie mam prawa przymuszać nikogo, iżby pozostał... Nie wolno mi cudzym szafować żywotem... 

Bracia stojąc w dwuszeregu w pośrodku świątyni, milczeli, nisko pochylając głowy. Ale oto ciszę przerwał głośny szept jednego z kleryków: 

– A ty, ojcze?... A ty, co uczynisz?... 

– Ja?... – Sadok zawahał się przez moment. Jeszcze skądś – nie wiedzieć skąd – wnikając wprost do mózgu, doszedł go głos Kusiciela: 

„Uchodź!” 

– Ja?... – powtórzył. – Zostaję... Zostaję, bom nie po to stawał się Panachrystusowym żołnierzem, by stchórzyć, gdy nadejdzie czas próby... Bo nie godzi się pasterzowi owiec porzucać je, lecz do końca trwać przy nich, nawet gdy wie, iż nie będzie mógł ich ochronić przed stadem wilków... Bo nie godzi się umykać tym, którzy są tu postawieni na straży chrześcijaństwa!... Przecież... Przecież wiedziałem... Zawsze to wiedziałem, iż kiedyś nadejdzie taki dzień, w którym Pan zażąda mojego życia... 

I nikt już nie wyrzekł ni jednego słowa. Mnisi jęli się rozchodzić, każdy do swoich zajęć. 

* * *

Następny dzień wstał pogodny i rześki. Słońce powoli wspinało się po nieboskłonie, niezbyt ostry mróz delikatnie szczypał w policzki i płatki uszu świątobliwego przeora Sadoka, który skoro świt udał się do ogrodu i błądząc jego alejkami, zapatrzony w cud rodzącego się dnia, odmawiał pacierze w oczekiwaniu na głos sygnaturki, która – jak zwykle – miała oto za czas jakiś wezwać wszystkich braci na wspólne modły do kościoła. 

Śnieg chrzęścił pod stopami zakonnika, a gawrony, które licznym stadem obsiadły jabłoniowe i morelowe drzewa, rosnące po obydwu stronach alejki, spoglądały nań ciekawie, przekrzywiając głowy, nie podrywając się do lotu nawet, gdy mnich zbliżał się do nich. Widać czuły, czarniawe ptaszyska, iż nic im nie zagraża ze strony owego człowieka. 

Naraz – wrzask przeciągły i dziki, wydobywający się z tysiąca piersi, uderzył w niebo. Gawrony wylęknione wzbiły się do góry i jęły krążyć ponad miastem, kracząc doniośle i przeciągle. 

Oto Tatarzy – przeprawiwszy się nocą po lodzie przez zamarzniętą Wisłę – podeszli już pod same obwałowania i teraz wrzaskiem próbowali przestraszyć obrońców. A zaraz potem przypuścili atak. Najpierw jeden, potem drugi, dziesiąty... Każdy z nich odbijał się od wałów niczym fala morska od stromizny wyniosłego brzegu. Oto bowiem tak rycerstwo, jak też i sami łyczkowie dzielnie bronili miasta przed pogańską szarańczą. 

Gdy zmrok spłynął na ziemię, walka ustała, aby zarówno wojownicy tatarscy, jak i obrońcy Sandomierza mogli odpocząć, opatrzyć rany, pogrzebać zabitych. Noc przyniosła też sny – jednym miłe i kojące, innym przerażające koszmary... 

Pogoda, jak na zamówienie najeźdźców, utrzymywała się od chwili rozpoczęcia oblężenia wspaniała. Słońce, nisko wiszące ponad widnokręgiem, przegnało precz śniegowe chmury. Leciutki mrozik utwardził ścieżki. 

2 lutego 1260 roku, gdy Mongołowie skoro świt przypuścili następny atak, wiadomym było, iż miasto dłużej nie będzie mogło się opierać. Dominikanie, nie mniej uznojeni od walczących, którym przez wszystkie te dnie i noce opatrywali rany, przyrządzali gorące posiłki, dysponowali na śmierć i kopali mogiły, prawie przestali myśleć, co się stanie, skoro poganie sforsują wały i wedrą się do środka. Ot, po prostu nazbyt wiele ciężkiej pracy nie pozostawiało czasu na rozpamiętywanie tego, co miało już rychło nadejść. 

Tymczasem – tak jak każdego ranka – rozdzwoniła się sygnaturka, wzywająca mnichów na poranną Mszę. Jęli tedy zewsząd – z klasztoru i z wałów – schodzić się do kościoła, a skoro już każdy zajął swoje miejsce, wyszedł z zakrystii przyodziany w szaty liturgiczne, w asyście dwu diakonów – Stefana i Mojżesza – leciwy przeor Sadok. 

Nim zbliżył się do ołtarzowych stopni, podszedł wpierw ku ciężkiemu pulpitowi wyrobionemu z jednego kloca dębu, a wyrzezanemu zmyślnie w kształt ludzkiej postaci. Na pulpicie spoczywała księga Martyrologium. Otwarł ją i odszukawszy odpowiednią stronicę, pochylił się, aby – jak zwyczaj kazał – odczytać, któregoż to z męczenników Pańskich czci Kościół Święty tego właśnie dnia. Spojrzał na kartkę i osłupiał: oto na pergaminie jarzyły się pozłocistym blaskiem kunsztowne – nieziemską ręką wymalowane – litery, układające się w zdanie. 

Bezskutecznie próbował wydobyć głos z zaciśniętego bolesnym skurczem gardła. Bezgłośnie tedy poruszał ustami. Zaniepokojeni mnisi spoglądali to na niego, to na siebie nawzajem, nie rozumiejąc, cóż wydarzyć się mogło. 

Wreszcie przeor skinął na diakona Stefana, a gdy młodzieniec się zbliżył, odsunąwszy się od pulpitu, wychrypiał: 

– Ty czytaj... 

Spojrzał Stefan w rozwartą księgę i zdumienie pomieszane z lękiem odmalowało się na jego twarzy. Mimo jednak, iż drżeć począł na całym ciele, a pot perlisty zrosił mu czoło, zebrał się w sobie i głosem niepewnym, lecz wystarczająco donośnym, aby wszyscy posłyszeć go mogli, przeczytał: 

– Dziś błogosławionego Sadoka, przeora, i czterdziestu ośmiu dominikańskich braci, w Sandomierzu przez Tatarów okrutnie pomordowanych. 

Gdy Stefan skończył czytać, zgroza ogarnęła mnichów. Spoglądali na siebie przerażonymi oczyma. Oto bowiem żaden z nich ani przypuszczał, iż w tym kościele, od tego pulpitu paść mogą słowa, dotyczące jego samego. Takie słowa... A przecież padły... 

Sadok, uniósłszy dłonie ku górze, rzekł: 

– Ach, bracia, nie lękać, lecz cieszyć się nam trzeba. Bo wielka to łaska korona męczeńska – i nie każdy może na nią zasłużyć. Myśmy przecie zasłużyli. Bowiem żaden z nas nie stchórzył... Żaden nie uciekł z Sandomierza, opuszczając Panachrystusową owczarnię... 

I nie powiedziawszy już nic więcej, zbliżył się do stopni ołtarza, by rozpocząć sprawowanie Najświętszej Liturgii. 

– In nomine Patris, et Filii, et Spiritus Sancti. Amen. W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen. 

– Introibo ad altare dei. – Przystąpię do ołtarza bożego – rzekł. 

– Ad Deum qui letificat iuventutem meam – Do Boga, który uweselił młodość moją – odpowiedział nowicjusz, który mu ministrantował. 

I odprawiała się ta Msza, jak tyle innych przed nią, jakby nic się nie wydarzyło, jakby poza drzwiami nie szalała bitwa, jakby Pan nie dał cudownego znaku... Skoro przeor uniósł patenę z hostią i kielich z winem na ofiarowanie, rumor straszny uczynił się przed świątynią, a Tatarzy jęli rąbać solidne drzwi dębowe, nabijane brązowymi ćwiekami, prowadzące do kościoła Świętego Apostoła Jakuba. 

A gdy Sadok wyrzekł słowa przeistoczenia: Hoc est enim Corpus meum – To jest bowiem Ciało moje. – Hic est enim calix Sanguinis mei... – To jest bowiem kielich Krwi mojej... – a białą hostię uniósł wysoko ponad głowę, gdy ministrant zadzwonił na podniesienie, z trzaskiem pękła jedna zawiasa. 

Tuż po Komunii zaś pękła druga, a rozwścieczeni, ochlapani krwią pomordowanych mieszczan żołdacy tatarscy wpadli do świątyni. 

A stało się to tuż po tym, jak celebrans, odwróciwszy się od ołtarza, wyrzekł: Ite missa est! – Idźcie, msza skończona. 

Dominikanie stali w dwuszeregu pośrodku świątyni. Przez małe, wąskie okienka wpadały pozłociste smugi światła, pachniało kadzidlanym dymem. Dostojnie było i uroczyście. Toteż Tatarzy, miast od razu uderzyć na mnichów, zatrzymali się w pobliżu drzwi, zbici w gromadkę, zaskoczeni ich przedziwnym spokojem. 

Pewnie inaczej by było, gdyby dominikanie poczęli uciekać, krzyczeć, żebrać litości. Ale oni stali z twarzami wzniesionymi ku górze, jakby wypatrując nadejścia kogoś ze sfery gwiazd. 

I oto naraz subdiakon Mojżesz, asystujący przeorowi Sadokowi, skrzyżowawszy ręce na piersi, zaintonował pieśń za umarłych: 

– Salve Regina... Witaj Królowo, Matko Miłosierdzia... 

Natychmiast pozostali podjęli pieśń, która z mocą wybuchła z wszystkich piersi, odbijając się pogłosem od belkowanego świątynnego stropu i surowych, czerwonych, ceglanych ścian. 

A wówczas jakby czar spadł z Tatarów. Oto jeden z wojowników zdjął z pleców giętki łuk, nałożył na cięciwę pierzastą strzałę i wypuścił ją ze świstem w pierś najbliżej stojącego mnicha. Ów pochylił się gwałtownie do przodu, by zaraz paść na kolana, a wreszcie osunąć się na szare, piaskowcowe płyty posadzki. Wokół leżącego jęła się zbierać krew wypływająca z piersi. Parująca na zimnie rozlewała się w coraz większą i większą ciemnopąsową kałużę. 

Wyciągnęli wojownicy zakrzywione szable i z okrzykiem bojowym, z wyciem, rzucili się ku śpiewającym. I siekli ich dotąd, aż ostatni upadł, aż śpiew zamilkł, aż nastała cisza... 

A jeden z mnichów, który jeszcze podczas sprawowania Świętej Liturgii chyłkiem opuścił szereg i skrył się na chórze, albowiem przeląkł się śmierci, skoro zobaczył współbraci swoich okrutnie pomordowanych, zawstydził się swego tchórzostwa, zszedł z chóru i uklęknąwszy przy zwłokach, jął za zabitych odmawiać pacierze. 

Gdy dostrzegli go Tatarzy, przepełnieni wściekłością rozsiekli go szablami. I nie ocalał nikt spośród sandomierskich dominikanów... 

A gdy Tatarzy objuczeni łupami opuścili kościół i klasztor, oto aniołowie niebiescy przybyli z gałęźmi palmowymi, aby dusze pomordowanych zaprowadzić przed oblicze Pańskie, iżby za wierność mogli odebrać wiekuistą nagrodę w Raju. 

A imiona owych Męczenników były te: 

Błogosławiony Sadok, przeor. Błogosławiony Paweł, wikary. Błogosławiony Malachiasz, kaznodzieja. Błogosławiony Piotr, furtian. Błogosławiony Jędrzej, jałmużnik. Błogosławiony Jakub, mistrz nowicjatu. Błogosławiony Abel, syndyk. Błogosławiony Szymon, penitencjarz. Błogosławiony Klemens. Błogosławiony Barnabasz. Błogosławiony Eliasz. Błogosławiony Bartłomiej. Błogosławiony Łukasz. Błogosławiony Mateusz. Błogosławiony Jan. Błogosławiony Barnabasz II. Błogosławiony Filip. Błogosławiony Joachim, diakon. Błogosławiony Józef, diakon. Błogosławiony Stefan, diakon. Błogosławiony Tadeusz, subdiakon. Błogosławiony Mojżesz, subdiakon. Błogosławiony Abraham, subdiakon. Błogosławiony Bazyli, subdiakon. Błogosławiony Dawid, kleryk. Błogosławiony Aaron, kleryk. Błogosławiony Benedykt, kleryk. Błogosławiony Onufry, kleryk. Błogosławiony Dominik, kleryk. Błogosławiony Michał, kleryk. Błogosławiony Maciej, kleryk. Błogosławiony Maurus, kleryk. Błogosławiony Tymoteusz, kleryk. Błogosławiony Gordian, kleryk. Błogosławiony Felicjan, kleryk. Błogosławiony Marek, kleryk. Błogosławiony Jan, kleryk. Błogosławiony Gerwazy, kleryk. Błogosławiony Krzysztof, kleryk. Błogosławiony Donatus, kleryk. Błogosławiony Medardus, kleryk. Błogosławiony Walenty, kleryk. Błogosławiony Dawid, nowicjusz. Błogosławiony Makary, nowicjusz. Błogosławiony Rafał, nowicjusz. Błogosławiony Izajasz, nowicjusz. Błogosławiony Cyryl, laiczek. Błogosławiony Hieronim, laiczek. Błogosławiony Tomasz, organista. 

Te oto imiona w swoim dziele Matka świętych Polska, w Krakowie roku Pańskiego 1767 tłoczonym, podał O..Floryan Jaroszewicz, kapłan zakonu Ś.O. Franciszka, reformat, z sandomierskiego konwentu Św. Józefa. 

Kościół Rzymski Katolicki męczenników owych wyniósł na ołtarze, a ich święto wyznaczył na dzień 2. czerwca..


© Andrzej Juliusz Sarwa 2018


Książkę w wersji papierowej można kupić tutaj:


Książkę w wersji elektronicznej (epub, mobi) można kupić tutaj: